10.10.2026

Białobłocka i orlińska szlachta w podziemiach kościoła w Królikowie pochowana

  

          BIAŁOBŁOTY  I  ORLINY – MIEJSCOWOŚCI  OLĘDERSKIE  I   SZLACHECKIE 

 

    Białobłoty i Orliny, miejscowości założone przez  starostę ostrzeszowskiego Franciszka hrabiego Stadnickiego w drugiej  połowie  XVIII wieku, w pierwszych  dziesięcioleciach  swego  istnienia przeżywały intensywny rozwój. Przybywali  tu  i  osiedlali  się  tzw. olędrzy – głównie  chłopi  narodowości  polskiej i niemieckiej, ale  również  mieszczanie z  pobliskich  miasteczek, wykonujący różne pozarolnicze zawody, oraz jak wykazały  badania z  ostatnich lat – osoby pochodzenia  szlacheckiego.

    Przyrost  ludnościowy w  tym  regionie pokazują  choćby dane dotyczące  Białobłot, gdzie w 1790 roku było 26 gospodarstw, zamieszkałych przez 157  katolików i 48 dysydentów, a w 1827 roku wieś  miała już  100 gospodarstw i 778 mieszkańców.

  Przeprowadzone w ostatnim czasie przez  panią  Danutę  Matelską  kwerendy  w Archiwach Diecezjalnych we Włocławku i Gnieźnie wykazały, że znaczący  odsetek mieszkańców  Białobłot  i Orlin miała  pochodzenie  szlacheckie i  sygnowana była  w  dokumentach  oznaczeniami: ,,nobilis”, ,, gnosus / generosus” ( osoba szlachetnego pochodzenia, właściciel majątku ),  ,,szlachcic okupny”.

  W dokumentach dotyczących mieszkańców  Białobłot i Orlin  przełomu XVIII I XIX wieku, występowało  przynajmniej 50 nazwisk osób z pochodzeniem szlacheckim, np. Łącki, Lipski, Golimowski, Konopka, Zdanowski, Mąkowski, Czaykowski … .

   Znaczącą ciekawostką  z pierwszych  dziesięcioleci  istnienia Białobłot i Orlin  jest  to , że pewna  grupa  białobłockich  i  orlińskich  szlachciców , została  uhonorowana pochówkiem  w  podziemiach  kościoła parafialnego w Królikowie. Było  to  zdarzenie  dość  osobliwe, gdyż zwykle w podziemiach kościołów grzebano  jedynie osoby szczególnie  zasłużone, donatorów Kościoła, księży.

  W  latach 1796 – 1812 w podziemiach  kościoła parafialnego  w Królikowie zostało  pochowanych  7 przedstawicieli stanu  szlacheckiego  z Białobłot  i Orlin.  Byli to: Antoni  Miklaszewski zm.1796, Weronika z Glińskich Łącka zm.1797, Marianna Siemiątkowska zm.1798, Apolonia z Radwańskich Konopkowa zm.1799, Marianna z Lubkowskich Drachowska zm.1810, Teofila Stachurska zm.1810, Elżbieta z Łęskich Jaskólska zm.1812.  

   Z badań archeologicznych przeprowadzonych w kościele w Królikowie w 1997 roku wynika  również, że wśród kilku pochówków, w podziemiach pochowany został  nieznany  z nazwiska  duchowny, któremu do trumny  włożono dwa krzyże, butelkę oraz księgi. Tajemnicza butelka była zalakowana, owinięta od góry natłuszczoną szmatką i zawierała jakiś dokument datowany  na  1802 lub 1808 rok.

  W kościele w Królikowie został też pochowany Zygmunt Taczanowski [kuzyn generała Edmunda Taczanowskiego, dowódcy wojsk powstańczych województwa kaliskiego w okresie powstania  styczniowego ], któremu poświęcona jest tablica pamiątkowa na murze  kościoła  o treści : ,,W sklepach tego kościoła spoczywają zwłoki  Ś. P. Zygmunta  Taczanowskiego, dziedzica  dóbr Biskupice, Grabienice, Podbiel, Kopojno i Oleśnica , ur. w Sławoszewie Wielkiem Księstwie Poznańskiem dnia 1 października 1852r., [zm.] w  Biskupicach 20 listopada 1891r. Przechodniu pomódl się za Duszę Jego”

 W książce profesora  Zbigniewa Chodyły  pt. ,,Zarys najstarszych  dziejów  osad olęderskich z Puszczy Pyzdrskiej 1746-1793” wspomniany jest szlachcic z Białobłot Mikołaj Mąkowski, właściciel zapewne  niewielkiego  folwarku, który  wszedł  w  spór  prawny  ze  starostą Franciszkiem hrabią  Stadnickim. Opis konfliktu brzmi następująco: ,, W 1792 roku w Białobłockich (albo Królikowskich) Olędrach zamieszkiwał Mikołaj Mąkowski, który pozwał wówczas przed sąd ziemiański Franciszka  hrabiego Stadnickiego - dziedzica, olędrów Józefa i Jakuba oraz braci rodzonych Hersiów, Andrzeja Langę byłego sołtysa i Józefa Koźmińskiego, komisarza dóbr Królików oraz inne osoby z powodu: szkód w zasiewach i pastwiskach, siłową i fizyczną obrazę i potraktowanie go jak chłopa przez sołtysa oraz gwałtownego zabrania wołów. W odpowiedzi  Franciszek hrabia Stadnicki pozwał tegoż Mikołaja Mąkowskiego przed sąd ziemiański, uważając że przez  ślub wzięty z wdową olęderką, podlega ( tak jak jej poprzedni mąż) prawu olęderskiemu w sprawach mianych z sołtysem i ławnikiem i osobami gminu, z groźbą kary pieniężnej za niesłuszne do sądu wywołanie”. Do powyższego opisu konfliktu dodać  można wymowną informację, że jeszcze rok wcześniej magnat Franciszek hrabia Stadnicki u niezamożnego szlachcica Mikołaja Mąkowskiego, pełnił na chrzcie u jego córki, funkcję ojca chrzestnego.

   Omawiając mieszkającą na  przełomie  XVIII i XIX wieku  w Białobłotach  szlachtę , warto wspomnieć też  o  rodzinie  Czaykowskich. Urodzony około  1805 roku  w Białobłotach  Franciszek Czaykowski po ślubie osiadł w Królikowie, gdzie pracował jako  gorzelany w gorzelni należącej  do  hrabiego  Bielińskiego. Jednego ze swoich  synów – Józefa wykształcił  na  księdza, który został  wikariuszem jednej z parafii w Łodzi. Ksiądz  Józef  Czaykowski zasłynął wówczas ze  swych  patriotycznych kazań  i  działań, narażając  się  tym  carskim  władzom. Po  wybuchu  powstania  styczniowego  w  1863 roku, stał się  organizatorem i jednym z przywódców liczącego około  400 powstańców  oddziału. Po  rozbiciu  przez  Rosjan oddziału, emigrował  do  Austrii, Niemiec, Francji i ostatecznie  osiadł w Belgii, gdzie  wspierał pochodzących z ziem polskich emigrantów pod  względem  materialnym  i  duchowym.

                                           

                                                      Piotr  Czajczyński            Białobłoty, październik 2026

28.08.2026

MIESZKAŃCY I MAJĄTEK WSI GIZAŁKI

 

MIESZKAŃCY I MAJĄTEK  WSI  GIZAŁKI  W  ŚWIETLE NAJSTARSZYCH ŹRÓDEŁ

 

 [ Gizałki – miejscowość położona  nad  Prosną ma stosunkowo długi rodowód.

 Pierwsza  informacja  o  tej  wsi  pochodzi  z 1283 roku , kiedy  to  ,,Jakub,  arcybiskup  gnieźnieński, zamienił  dziesięciny  z  Ratynia, Osieczy  i  Główiewa   na  dziesięciny  klasztoru  lędzkiego  z   Gizałek  i  innych  włości.”

  Wieś  pierwotnie  należała  więc  do  klasztoru  w Lądzie , który  prowadzony  był  przez  pochodzących  z  Niemiec  cystersów.

  Kolejnym  starym  źródłem  informującym o majątku  i  mieszkańcach  Gizałek [ Giżałek ] jest  pochodzący  z  1699 roku  Spis  inwentarza  Stanisława Rokossowskiego, który wówczas, miejscowość tą w swe posiadanie  obejmował.  Oto fragment tego  zapisu. ]

,, Wieś Giżałki 

O w c z a r n i a  w dyle i słupy postanowiona  z zawarciem dobrym i  z  kunami żelaznemi, poszycie poprawy potrzebuje.  Owiec pańskich: naprzód owiec rodnych 100, owiec dwuletnich 35,    skopków dwuletnich 27, owieczek latosich 65, skopków latosich 66, baranów 7.   Suma owiec 300.

B y d ł o  p a ń s k i e. – Krów dojnych 6, krów jałowych 3, wołków trzyletnich 3,  jałowic trzyletnich 4, cieląt latosich 8,  jmp. starosta żytomirski  ma dodać bydła sztuk 4.

 

Poddaństwo w Giżałkach

K  m  i e c i e.

Kmieć Janek wołów ma 5, koni parę, krowę jednę, chałupę ma dobrą, stodoła naprawy potrzebuje, Wołownia  zła.

Kmieć Kuba wołów ma 6, koni parę, liche ma konie, krów 2, chałupa z chlewem i stodołą dobra.

Kmieć Smolarek wołów ma 6, koni parę nędznych, chałupę i chlewy, i stodołę ma dobrą.

Czwartego kmiecia nie masz na Banachowskim miejscu, chałupa dobra i stodoła poszycia potrzebuje, bydła żadnego nie zostawiono, tylko jmp. starosta submitował się odesłać pieniądze na to bydło i konie, co na kmiecia przynależy, zboże jednak z tego placu do pańskich stodół zwieziono.

Powinność tych kmieci: każdy dzień w tydzień dwojgiem robić, do czego im rozkażą. Składów na ugor  powinni zorać 10, na jarzynę 8, przeorać powinni składów 15.

Czynszu od tychże kmieci należytość:  kożdy  kmieć powinien dać kapłonów 4, jajec pół kopy, manny 4  kwarty, kądziele wyprząść ma kożdy z osobna sztuk 2.

 C  h  a  ł  u  p  n  i  c  y 

Chałupnik Marcin chałupę ma wcale złą i stodółka dobra.

Chałupnik Wojtek chałupę ma dobrą i stodołę dobrą.

Chałupnik Stach, chałupa dobra ze stodółką.

 Powinność tych chałupników: od ś. Jana do ś. Michała robić ma kożdy  z nich w tydzień 4 dni, po ś. Michale 2 dni w tydzień, kądziele wyprząść ma sztuk 2.

Z a g r o d n i c y

Busza krowę ma pańską i świnię jednę, chałupa dobra, poszycia potrzebuje.

Wojtek zagrodnik krowę ma pańską jednę i świnię, chałupę ma dobrą.

Walek zagrodnik krowę ma pańską i świnię, chałupę ma dobrą.

Powinność tych zagrodników: ręczną robotą w dzień w dzień po dwojgu robić w stodole, pókiej czego staje; powinien młócić z wiertela trzynastego, w żniwa do czego mu rozkażą, kądzieli sztuk 2 oprząść ciż powinni, kapł[on]ów 2 w czynszu powinien dawać.

 R z e m i e ś n i c y

Świec Grzegorz, który czynszu daje kapłonów 2, robocizny niedziel 4 w żniwa; według kontraktu powinien robić do dworu robotę. Chałupę ma złą i pieniędzy [daje] grzywnę.

Świec Walek, który czynszu daje także kapłonów 2, robocizny niedziel 4 w żniwa, według kontraktu powinien robić robotę do dworu; chałupę ma dobrą i pieniędzy [daje] grzywnę. Płóciennik kapłonów daje 2, w żniwa powinien robić niedziel 4, płótno powinien obrobić według kontraktu do dworu; chałupę ma dobrą.

 Kaczmarz kapłonów daje w czynszu 4, robocizny powinien odrobić w żniwa niedziel4 ręczą robotą, piwo i gorzałkę pańską powinien szynkować; chałupę ma złą, stajnia dobra, dranicami pokryta.

 K o m o r n i c e

 Banaszka, Olejniczka, Pawłowa, których powinność w żniwa 2 dni w tydzień bez cały rok, zaś po dniu jednym przy pańskiej strawie, kądziele po sztuce jedny kożda prząść powinna.”

   Między Gizałkami  a  Nową Wsią  pobudowany był już wtedy duży  most.  Rokossowscy  [piszący się też, jako  Rokoszewscy]  posiadali   Gizałki  jeszcze w  XIX w.

19.08.2026

DOŻYNKI 1974 W GROMADZIE BIAŁOBŁOTY

Dożynki 1974 - czyli

Marian Cezary Abramowicz o mieszkańcach Gromady Białobłoty

 

[  W 1974 roku na placu  gromadzkim  w  Orlinie  Małej  odbyły  się  dożynki miejscowości  należących  do  zlikwidowanej  wcześniej Gromady  Białobłoty. Autorem scenariusza do tej  imprezy był M. C. Abramowicz, który  zawarł  w nim krótkie charakterystyki starostów i wicestarostów / w symbolicznej liczbie  33/, mieszkańców Białobłot, Orliny Małej, Orliny Dużej i Dziewinia Dużego. Opisy M. C. Abramowicza  zawierają  też  sporo informacji  lokalnych – historycznych, które po  latach  warto  przybliżyć. ]

 

                           / -fragment scenariusza dożynek z 1974r./

                  / kolejność prezentowanych osób zgodna ze scenariuszem /

 

… Znamy ją wszyscy- młodzi i starsi, i starzy. Każdy chciałby mieć taką matkę, żonę, synową, siostrę. Każdy chciałby mieć taką sąsiadkę. Ujmująca pani domu. Gospodarna, pracowita i zawsze zadbana gospodyni wiejska. Życzliwa ludziom, zawsze taktowny, serdeczny człowiek. Nie zamyka się w domu, we własnej zagrodzie, kręgu spraw swojej rodziny. Czuła matka dzieci i żona garncarza-artysty, którego dzieła znane są w całym kraju, przynosząc zaszczyt naszej wsi i okolicy. Działaczka społeczna na kilka frontów. Położyła podwaliny pod działalność Koła Gospodyń Wiejskich. Reprezentowała nas w powiatowej radzie narodowej. Ofiarna mama i niezawodna działaczka komitetu rodzicielskiego w szkole. Z jej udziałem każda impreza w szkole i poza szkołą musi być udana. Ceniona i lubiana przez wszystkich, została przez młodzież zaproszona na starościnę dożynek. Witamy i kłaniamy sie nisko starościnie naszych dożynek – pani Sabinie Czajczyńskiej.

A starosta?  Nie wszyscy potrafiliby od razu i bez możliwości pobłądzenia trafić do jego zagubionej wśród lasów zagrody. Jest on panem na tej zagrodzie nowoczesnej i nowej, jak na tych ziemiach życie po wojnie. Nowa zagroda zastąpiła tamtą starą, która obrosła legendą partyzancką, jako schronienie i przystań działającej w tych stronach partyzantki. Wojna przewaliła się przez nasze ziemie i lasy. On zaś pozostał wierny tamtemu miejscu, na którym wybudował nowy dom zorganizował lepsze życie. Pozostał wierny kawałkowi piaszczystej ziemi odziedziczonej po ojcach. Ta ziemia rodzi mu plony. Bo jest gospodarzem znakomitym, nowoczesnym rolnikiem i najprawdziwszym człowiekiem, któremu nie jest obce nic co ludzkie, co nasze. Nogami i sercem wrósł w piaszczystą ojcowiznę i lasy. Nie wstydzi się swego serca dla ludzi, dla społeczności naszej wsi i okolicy. Nie wstydzi się swego przyjaznego uśmiechu -uśmiechu życzliwego ludziom, dobrego człowieka. Jest solą i chlubą tej ziemi, na której praca przynosi  mu satysfakcję, pożytek oraz szacunek i uznanie ludzi. Wyrazem uznania młodych -oznaka starosty dożynek. A zatem kłaniamy się staroście dożynek - panu Józefowi Osmanowi.

 

Dożynkowy korowód otwiera młody człowiek, który zdobywszy '' miejski'' zawód, swoje losy związał na stałe z naszą wsią. Działacz partyjny i do niedawna młodzieżowy. Znamy go wszyscy. Służy naszemu społeczeństwu swoimi talentami zdolnego, uprzejmego handlowca, który potrafił tak długo pechowy sklep zamienić w placówkę, gdzie jest co kupować i kupuje się z przyjemnością. Pierwszy w dożynkowym korowodzie wieniec dla – pana Tadeusza Andrzejewskiego.

A oto już wzorowy rolnik. Potrafi pogodzić przykładnie spełniane obowiązki rolnika i gospodarza z obowiązkami dojeżdżającego do pracy w przemyśle robotnika. Jako dobrze gospodarujący rolnik i jako dojeżdżający do pracy robotnik, potrafił jeszcze znaleźć siły i czas na pracę społeczną, na działanie na rzecz społeczeństwa. A młodzież dożynkowym wieńcem pragnie uhonorować - pana Jana Cierzniaka.

Po młodym rolniku młody rolnik gospodarujący z zapałem i jak najlepszym skutkiem na piaszczystej ziemi. Działacz społeczny, były radny powiatowy i aktualnie radny gminny, aktywista ZSL, ujmujący człowiek o jasnym uśmiechu i sercu. Nie ma nikogo, kto spotkawszy go gdziekolwiek, nie polubiły go. Jest wartościowym i na wskroś dobrym człowiekiem uwrażliwionym na wszystko, co dotyczy naszej wsi i naszej okolicy. Życzyć by należało, aby było u nas jak najwięcej takich ludzi i takich gospodarzy jak on. A zatem dożynkowym wieńcem czcimy cenionego i lubianego przez wszystkich sołtysa wsi Orlina Duża - pana Tadeusza Derezińskiego.

Jemu dożynkowy wieniec trzeba by spleść nie tylko z kłosów zboża. Do wieńca trzeba by wpleść słońce i tyle przynajmniej uśmiechów, co kłosów zboża, a to wszystko misternie związać złotą wstążką uznania, podziwu i sympatii. Niezmiennie młody duchem jest przyjacielem młodych i starszych, każdego. Wielu z nas pamięta go ze sceny jako inicjatora i siłę napędową amatorskiej działalności teatralnej, jako aktora i twórcę wielu widowisk scenicznych. Niezmiennie młody duchem, młodszy duchem od wielu młodszych od niego latami, ostatnio dołączył do młodzieży, wraz z nią organizując od podstaw Regionalny Zespół  Artystyczny ''Białobłoty''. Jest wszędzie tam, gdzie coś dobrego i społecznie pożytecznego się dzieje . Jego zacięcie społecznikowskie jest powszechnie znane i znany jest on jako naczelnik poczty od wielu lat, wykonując na tym stanowisku dla ludzi nieraz dwa, trzy razy tyle, ile wykonać miałby obowiązek. Za jego młodzieńczość, dobroć, uśmiech, za to, że jest tak wspaniałym człowiekiem, nasza młodzież dziękuje mu i czci dziś dożynkowym wieńcem - pana Stanisława Hyżaka.

I znów człowiek w pełni zasługujący na uznanie, na sympatię, na dożynkowy wieniec. Rozmiłowany w ziemi doskonały rolnik i dobry człowiek o ujmującym uroku osobistym. Znamy go wszyscy i dobrze pamiętamy. Zawsze pogodny, uśmiechnięty, uprzejmy-całymi latami-zimą i latem, podczas jesiennych słot i zimowych śnieżyc-przemierzał nasze dobre, gorsze i fatalne drogi i ścieżki, nie bacząc na upał, na trzaskający mróz, na śnieg czy pluchę. Pamiętajmy go jako sumiennego i wzorowego rolnika. A zatem dożynkowy wieniec dla - pana Jana Hyżego.

Jeżeli ktoś nie zna jego, to musi przynajmniej znać jego synów, którzy jako ojcu wydają mu chlubne świadectwo. Tu urodzony i wychowany nie musiał z tymi stronami wiązać swego losu i losu swoich dzieci. Ale pozostał wierny rodzinnym stronom i tej ziemi. Uwrażliwiony na sprawy wsi człowiek i działacz społeczny nie żałuje czasu i sił dla dobra społecznego. Działa w wielu organizacjach działających na wsi. Znany i lubiany także przez młodzież, lubiany jako działacz społeczny i przyjazny ojciec kolegów i działaczy ruchu młodzieżowego i artystycznego. Dożynkowy wieniec dla prezesa Koła ZSL w Białobłotach, podsołtysa i gospodarza dzisiejszej zabawy dożynkowej - wieniec dla - pana Mariana Jaszczaka.

Po rolniku znów rolnik gospodarujący na swej ziemi i dojeżdżający do pracy w przedsiębiorstwie budowlanym pracującym dla rolnictwa. Jest dobrym rolnikiem i dobrym robotnikiem. Dla młodych – życzliwy człowiek i ojciec ich koleżanki – ofiarnej działeczki młodzieżowej  i przewodniczącej coraz energiczniej rozkręcającego się koła ZSMW. Z satysfakcją i przyjemnością wręczamy dożynkowy wieniec - panu Władysławowi Kaczkowskiemu.

Do niedawna jeszcze rumieniąca się dziewczyna za sklepową ladą. Dziewczyna, dzięki której prowadzony przez nią sklep stał się wizytówką naszej wsi, przyjezdnych zadziwiał estetyką wnętrza, czystością. A dziewczyna zza lady zbierała uśmiechy i uznanie klientów sklepu – stałych i przygodnych – za szybką i fachową obsługę, za  szeroki asortyment oferowanych towarów. Dziewczyna wyrosła nam na panią zza lady, ale pozostała z nami tu gdzie wyrosła, wśród tych, z którymi wyrastała. Chcemy ją uczcić dożynkowym wieńcem i uśmiechem od tych z drugiej strony lady. A więc słowa uznania, uśmiech i dożynkowy wieniec dla - pani Janiny Kołeckiej.

 

Młodość była zawsze i jest jednakowa: niespokojna, niecierpliwa, bardziej lub mniej zadziorna i lekkomyślna. Bywa też posądzona o brak należytego szacunku dla zasług ludzi dorosłych. Nasza młodzież nie jest ani lepsza , ani gorsza od innych. Wie o tym ten, który miał wyjątkowo bogatą, czynną i bojową młodość w czasach przed- i powojennych. I pozostał młodym duchem pomimo siwych włosów na głowie. Był młody i walczył o lepsze jutro organizatorów dzisiejszej uroczystości, których jeszcze nie było na świecie. Przedwczoraj i wczoraj walczył z oddaniem o równość społeczną oraz o prawo do lepszego i piękniejszego życia dla wsi polskiej. Walczył o to w szeregach  ,,Wici” i radykalnego ruchu ludowego. Walczył w czasie wojny jako żołnierz batalionów chłopskich. Dziś jest statecznym gospodarzem, szanowanym działaczem ZSL zasiadających w jego władzach różnego szczebla. Pozostał młody duchem, wciąż jeszcze ożywiony entuzjazmem o dobre i o lepsze. Pozostał żywą historią ruchu ludowego w tych stronach. O przyjęcie dożynkowego wieńca. A młodzież nasza pragnie dziś oddać mu szacunek i prosi o przyjęcie dożynkowego wieńca. Wieńca uplecionego rękoma dziewcząt i chłopców, którzy są nadzieją i radością tej ziemi. Prosimy o wieniec dla- pana Zygmunta Kowalskiego.

W dożynkowym korowodzie gospodarzy nie może zabraknąć kobiet. Oto jedna z nich. Niedawno niemal, że dziewczynka, dziecko. Dziś już kobieta oraz wzorowa pracownica wiejskiego handlu, wymieniana jako najlepsza sprzedawczyni wiejska w naszym powiecie. Klienci jej sklepu wszyscy są zgodni co do tego, że nie mieli nigdy dotąd tak sprawnego, uprzejmego i miłego sprzedawcy jak ona. Oczarowani są nią ludzie, zwłaszcza przypadkowi klienci, którzy zaskoczeni kulturą i sposobem bycia tej sprzedawczyni, która dla każdego ma miłe słowo, ciepły uśmiech, uprzejmość i życzliwość. Młodzież do, której i ona przecież przynależy, chociaż ona nie panna a pani, otóż młodzież dożynkowym wieńcem pragnie ją uczcić wyrażając życzenie: aby się nam na kamieniu rodziły takie sprzedawczynie jak - pani Halina Łukasiewicz.

Dla kontrastu znów doskonały, a przy tym – rzec by się chciało stylowy rolnik. Skromny człowiek Polskiej wsi, o pracowitych rękach oraz sercu nie mniej szerokim niż jego uśmiech. Rolnictwo w jego wydaniu to zawód nie tylko przynoszący jemu i społeczeństwu pożytek. W jego wydaniu rolnictwo jest po prostu zawodem pięknym i atrakcyjnym, także dla młodych. A on jest dla młodzieży, która chciała by swe losy na stałe związać  z ziemią i wsią, jest on przyjemnym i pouczającym wzorem do naśladowania. Ten wieniec z pewnością zostanie przekazany w godne ręce, bo w ręce - pana Stanisława Maciejewskiego.

Z chodzących na jagody i grzyby dzieci wyrastają dorodne panny i chłopcy do żeniaczki. Dorastają i pobierają się. I znowu ich dzieci zaczynają chodzić na jagody i grzyby, bardzo często po drodze mając ,, leśniczówkę jagodną, skumaną z sosnami, brzozami i baśnią’’. Czasami też spotykają pana na białej leśniczówce, najbardziej eleganckiego i stylowego wśród leśników leśnika, który jak mocny dąb, całą duszą wrósł w nasze lasy i ziemię, którą – jak każdy dobry rolnik – troskliwie, po gospodarsku uprawia. Zmieniają się ludzie, mijają lata. A on opierający się wichrom i burzom trwa wiernie na straży lasów, którym zawierzywszy jak dąb, siłę i młodość zdaje się czerpać z tej ziemi, której jako rolnik jest tak wierny. Pozdrawia go młodzież i wieniec dla niego  przygotowała.  Dożynkowy wieniec dla - pana leśniczego Kazimierza Mańki.

Przybył z daleka. Osiadł na naszej ziemi. Naszą ziemię i żyjących na niej ludzi pokochał tak, że stał się  jednym z najwierniejszych synów tej ziemi. Od lat jest kimś bardzo potrzebnym tej ziemi i żyjących na niej ludziom. Dziś zrósł się ze środowiskiem tak, że nie sposób wyobrazić sobie naszej wsi bez niego. Lubimy go. Uśmiechamy się zawsze do niego z sympatią. Bo jakże by było się można nie uśmiechać do tak dobrego i serdecznego człowieka?  Poważamy go. Jest za co poważać. Odznaczony złotą odznaką ,,Zasłużony dla województwa poznańskiego’’ sterał wiele sił i swoje najlepsze lata dla naszej wsi i jej mieszkańców. Jest rzutkim społecznikiem i działaczem terenowym. Pełnił mnóstwo obowiązków społecznych. Aktywny członek ZSL. Człowiek ceniony przez społeczeństwo i władze administracyjne gminy i powiatu. Cieszy się sympatią naszej młodzieży, która uplotła wieniec i chciała by nim uhonorować długoletniego sołtysa wsi Białobłoty i rolnika - pana Mieczysława Markowskiego.

Gdyby ktoś chciał wskazać kobietę, która skupiała by w sobie cały urok, ciepły i wszystkie cechy, wszystkie zalety wiejskie gospodyni z Białobłot, ją niechybnie by wskazał i wcale by się nie pomylił. To kobieta i człowiek, który dla ludzi ma tylko wyrozumiałość i dobroć. Zdaje się podawać ludziom swoje serce na dłoni. Swoim przykładem, słowem, uśmiechem potrafi budzić wiarę drugiego człowieka oraz w to wszystko, co w człowieku najlepsze i najpiękniejsze. Dziś, w dniu święta plonów, wyrażamy jej w imieniu naszej młodzieży i dożynkowych gości nasze uznanie i nasze sympatie jako gospodyni, społecznie pracującej kobiecie, uczulonej na wszystko, co dotyczy naszej wsi i okolicy, co dotyczy naszego społeczeństwa. Tak zatem dożynkowy wieniec z uznaniem i szacunkiem kłaniając się nisko, z pewnym onieśmieleniem przekazujemy radnej powiatowej – pani Marii Matelskiej.

W Białobłotach urodzaj na Matelskich. I dobrze, że mamy tylu różnych Matelskich. – Różnych wyglądem, imieniem, ale wszyscy jedno mają wspólne: to dobrzy, prawi i serdeczni ludzie. Możemy być dumni ze wszystkich Matelskich w Białobłotach. A wieniec przypadł wzorowemu rolnikowi i ojcu, który wiedział  jak najodpowiedniej wychować swoje dzieci, z których jedne poszło w świat, dając jak najlepsze świadectwo ludziom z naszego środowiska, domowi Matelskich i ich ojcu, drugie pozostały. Pozostał wychowany przez ojca następca na gospodarstwie. Ojciec, choć sterany pracą i chory, trwa wiernie na swojej ziemi i może być dumny, że nie jest sam. Od ojca umiłowania pracy i wierności naszej ziemi nauczył się syn – naszych młodych kolega. Zatem nasza młodzież dożynkowym wieńcem pragnie oddać cześć wzorowemu rolnikowi, człowiekowi i ojcu kolegi, prosząc, aby wieniec przyjął - pan Adam Matelski.

Bez  niego Białobłoty  nie były by Białobłotami. Bez niego uboższa była by nasza wieś i społeczeństwo nasze byłoby niepełne. Przywykli wszyscy do niego. Nie jesteśmy w stanie docenić  i ocenić tego wszystkiego, co już zrobił i nadal robi dla naszej wsi, ku pożytkowi nas wszystkich. To człowiek, który zdaje się mieć znacznie za duże serce. To człowiek, który zdaje się dysponować siłami nie do wyczerpania. Szanują go ludzie, podziwiają. Lubi go młodzież –i to z wzajemnością. Zasługuje na to. Podziwiać go muszą wszyscy, którzy uważnie i z bliska obserwują jego działalność, wszyscy, którzy znają. On zawsze znajduje czas i siły, aby działać dla dobra wspólnej sprawy. Za sobą ma wojnę. Jako żołnierz  KBW w latach powojennych dziesiątki, jeśli nie setki razy ryzykował życie  w walkach z nacjonalistycznymi bandami w Bieszczadach. Dziś kombatant dobry całym sercem i niepokonany człowiek. – Człowiek  o złotym sercu i złotych rękach. Niestrudzony i ofiarny pracownik szkoły, inicjator i wykonawca wielu czynów społecznych na rzecz wsi i społeczeństwa, budowniczy Domu Strażaka, ofiarny i energiczny  naczelnik Ochotniczej Straży Pożarnej w Białobłotach. Wiemy, że jego ofiarności i pracy nikt i nic nie może dostatecznie wynagrodzić. On nie dla nagród i poklasku pracuje. Niechaj zatem  ten dożynkowy wieniec upleciony rękoma dziewcząt i chłopców będzie dla niego  wyrazem hołdu i uznania dla społecznika i wspaniałego człowieka – jednym słowem wieniec dla - pana Zygmunta  Matelskiego.

Między porosłymi lasem wzgórzami a łąkami z daleka biała zagroda tego gospodarza, który nie od wczoraj, nie od dziś wie, jak być dobrym rolnikiem. Nie musi wstydzić się swoich spracowanych rąk, którymi na wysoki poziom podniósł swoje gospodarstwo i wzniósł białe gniazdo dla siebie i swojej rodziny. Ten skromny człowiek, cichy syn tej ziemi i pan na swojej zagrodzie -jako człowiek może być dumny z tego, co osiągnął . A to co osiągnął musi napawać serce każdego, komu bliska jest polska wieś i jej przyszłość. Tacy ludzie jak on czynią wieś zasobniejszą i coraz piękniejszą. Dumna jest z niego organizacja zeteselowska. Dumna z niego może i musi być cała wieś. Zazdrościć mogą mu sąsiedzi. Nie mogła nie zauważyć go nasza młodzież, czego dowodem wieniec dożynkowy dla - pana Józefa Matuszewskiego.

Ale oto w dożynkowym korowodzie znowu kobieta, znowu żona, matka i przykładna gospodyni wiejska, której nie wystarcza do szczęścia życie na modłę babek i matek. Wyszła z uświęconego tradycją, zamkniętego  kręgu życia kobiety: Dzieci- kuchnia –pole. Buduje z powodzeniem lepsze, ciekawsze i piękniejsze życie dla siebie i swoich dzieci.  Nie lęka się stawić czoła trudom życia nowoczesnej gospodyni, kobiety wiejskiej. Nie boi się odważnie spojrzeć w twarz nowoczesności. Wyszedłszy z uświęconego tradycją zamkniętego kręgu życia wiejskiej kobiety , w swoje ręce ujęła przyszłość swoich najbliższych oraz stała się rzecznikiem innych kobiet . A młodzież kłania się pięknie, niosąc wieniec dożynkowy przewodniczącej Koła Gospodyń Wiejskich w Białobłotach - pani Marii Nowickiej.

 Wzorowy rolnik-hodowca. Gospodarz z rozmachem i całą duszą. Dla ludzi zawsze uśmiechnięty, z sercem otwartym na oścież, gościnny i ujmujący pan domu. Syn przedwojennego jeszcze działacza ludowego, wzorem ojca i zgodnie z rodzinnymi tradycjami jest członkiem Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego. Młody mąż, ojciec i brat, życzliwy zawsze sąsiad i wszystkim ludziom. Pozostał wierny odziedziczonej ojcowiźnie, godząc tradycje rodzinne z nowoczesnością gospodarowania oraz spojrzenia na świat  i ludzi. Szczęśliwy mąż swojej żony- współautorki jego gospodarskich sukcesów i jego osobistego szczęścia- nie ma zwyczaju zamykać się w kręgu swoich prywatnych spraw. Ma wyczucie społecznika i postawę wzorowego obywatela. Nic wtedy dziwnego, że na Trzydziestolecie Polski Ludowej został odznaczony złotą odznaką „Zasłużony dla województwa poznańskiego’’. Jako młody rolnik i młody człowiek jest wzorem dla naszej młodzieży , która swoją sympatię i swoje uznanie pragnie wyrazić mu dożynkowym wieńcem. – Wieniec dla - pana Czesława Nowickiego .

Cichy, ujmujący człowiek. Kobieta i matka . Gospodarująca samodzielnie wiejska gospodyni. Od lat ceniona i lubiana pracownica naszej szkoły . Szanują ją w szkole i lubią tak nauczyciele jak i dzieci . Dobra i skromna jak chleb powszedni idzie przez życie , obdarzając ludzi macierzyńską dobrocią i krzepiącą życzliwością dobrego człowieka . Zawsze chętna tam , gdzie istnieje potrzeba społecznego działania . Na czynnych i wartościowych społeczników wychowała swych synów , którzy swą przyszłość osobistą widzą tutaj , a nie na przykład w dalekim mieście . Kochając tę ziemię , miłość do tych stron wpoiła także swoim dzieciom , z których może być dumna tak , jak jej synowie dumni są z niej. Oddając hołd kobiecie i człowiekowi , młodzież prosi , aby zechciała wieniec przyjąć  -pani  Helena  Ogórkiewicz .

Mógłby przecież , jak tylu jego rówieśników , gdzieś w mieście kupić sobie szczęście na raty i udawać tam szczęśliwego , któremu udało się porzucić ojcowską ziemię i wieś . A on nie poszedł śladem innych . Pozostał na ojcowiźnie . Nie uląkł się trudu zmagania się z nieurodzajną ziemią . Wziął się z nią za bary . I zwyciężył . Ziemia daje mu coraz lepsze i obfitsze plony . Wzorowy młody rolnik pozostał solą tej ziemi i jej bogactwem największym . Do niedawna był czynnym działaczem młodzieżowym . Obecnie zmagając się z ziemią nie potrafi być obojętny na nic , co dotyczy działalności społecznej . Oby jak najwięcej młodych rolników o takiej kulturze osobistej i poziomie osiadało na naszej wsi , której młodzież dziś wraz z najlepszymi życzeniami pragnie przekazać dożynkowy wieniec - panu Kazimierzowi Owczarkowi.

Dumni  jesteśmy z naszych matek , żon i sióstr . Dumni jesteśmy z kobiety , która jest samą serdecznością , ciepłem , uśmiechem , pogodą i wdziękiem naszej wsi . Dziewczęcego wdzięku zazdroszczą  jej córki  i w ogóle dziewczęta .  Jest wciąż  młoda i pełna życia . Ona nie ma czasu na to , aby zestatecznieć , pogodzić się z siwym włosem na skroni . Jest wszędzie tam gdzie śmiech , gdzie pieśń , gdzie radość i młodość . Jest wszędzie tam , gdzie potrzeba jej mądrości , rady, jej sprawnych rąk . Jest zawsze na czas wszędzie tam , gdzie komuś potrzeba serca , uśmiechu . Jest wszędzie tam , gdzie potrzeba coś zrobić dla dobra innych , dla dobra ogółu . I przedziwnie potrafi godzić obowiązki mamy, babci , żony , uroczej pani domu , wiejskiej gospodyni , działaczki społecznej . Można ją tylko podziwiać . Naśladować byłoby o wiele trudniej . Dlatego z podziwem, sympatią i najgłębszym  szacunkiem pochylamy się przed nią prosząc , aby od młodzieży przyjąć zechciała dożynkowy wieniec – wieniec dla - pani Zofii Perczyńskiej.

Są tacy, którzy zastanawiają się kogo jest w naszej okolicy więcej – Matelskich czy Perczyńskich . Co przezorniejsi wolą się w tej kwestii nie wypowiadać . Wolą zaczekać na wyniki gruntownych badan naukowych . Ale są też tacy , którzy twierdzą , że Matelscy nie wiedzą dokładnie , ilu jest Matelskich … i Perczyńskich . I tak samo Perczyńscy nie wiedzą , ilu jest Matelskich … i Perczyńskich . Bo żeby dla nich upleść dożynkowy wieniec , trzeba by na wieńce przeznaczyć dużą stodołę zboża . Ale tego Perczyńskiego nie sposób pomylić ani z Matelskimi ,  ani z innymi Perczyńskimi – krewnymi po kądzieli i mieczu . Znają go wszyscy jako zręcznego rolnika , jako gościnnego i czarującego pana domu,  jako świetnego gawędziarza , jako człowieka , który sobą łączy to , co było wczoraj z tym co jest dzisiaj. Pozostał wierny ziemi i wsi . Z pomocą żony i córki stworzył wzorzec nowoczesnego wiejskiego domu , który pozostał wiejskim domem , ale poziomem , ciepłem , atmosferą w nim panującą, nie jest w stanie mu dorównać żaden miejski dom. A zatem nasza młodzież nie mogła nie przygotować wieńca dla - pana Walentego Perczyńskiego .

Ten  człowiek  nie  nosi  nazwiska ,,Matelski” czy ,,Perczyński”. Posiada  nazwisko  rzadziej  spotykane. Ale on jest doskonale w tych stronach znany, nie  ze  względu  na  swoje  nazwisko, lecz  ze  względu na  swoje  zalety  obywatelskie i czysto ludzkie, jakie sobą reprezentuje. Znany jest społeczeństwu jako znakomity rolnik i sympatyczny  człowiek, jako  społecznik działający w wielu organizacjach wieniec pracujących dla wsi, jako  radny  gminny, aktywista ZSL , jako  sołtys.  To  już  chyba  wystarczy,  by  dożynkowy  wieniec  wręczyć – panu  Czesławowi Pietrzakowi.

Ten człowiek z wielu względów zasługuje na szacunek , uznanie , sympatię i uwagę – naszego społeczeństwa i naszej młodzieży . Jego postawa jako człowieka , jego mądrość , kultura osobista , oczytanie mogą być wzorem do naśladowania dla dorosłych , a zwłaszcza dla młodych. Jest działaczem społecznym , aktywnym człowiekiem Partii , przyjacielem ludzi . Ten utalentowany rolnik- hodowca , były żołnierz i ciekawy człowiek znany jest u nas każdemu . Bardzo często zachodzi do naszych domów . Zawdzięczamy mu w dobrą czy złą pogodę prasę oraz listy dobre i złe , choć on chciałby ludziom tylko dobre wiadomości przynosić . A więc rolnikowi , działaczowi i długoletniemu, nadzwyczaj sumiennemu pracownikowi naszej poczty, nasza młodzież przygotowała dożynkowy wieniec  i podpisuje się pod tym wieńcem dla - pana Jana Radoszewskiego .

Człowiek zrośnięty wszystkimi władzami swej duszy i serca z ziemią i wsią . Żadna sprawa wsi nie jest mu obojętna . Z powodzenia godzi obowiązki męża, ojca, dobrego rolnika, robotnika dojeżdżającego do pracy w przedsiębiorstwie budującym dla rolnictwa. Godzi z tym wszystkim obowiązki społeczne , obowiązki społecznika , prezesa jednego z najliczniejszych w powiecie kół ZSL . Rozważny, budzący zaufanie człowiek ma być z czego dumny. Swoim staraniem , pracą swych rąk dźwignął ojcowiznę, uratował ją dla swoich dzieci i dla wsi . I nie spoczął na przysłowiowych laurach . A zatem zasłużony wieniec dożynkowy dla - pana Jana Ratajczaka .

W dożynkowym korowodzie rolników i nierolników – oto znowu rolnik . Rolnik z krwi i kości . skromny człowiek z gatunku tych , którzy nie szukając poklasku , w rzeczywistości są solą naszej ziemi i największym jej bogactwem . Mówiąc o nim ,,człowiek” mimo woli myśli się ,,rolnik’’ . Mówiąc o nim ,,rolnik” , myśli się ,,człowiek’’. Dobry rolnik , dobry człowiek . Dla sąsiadów i mieszkańców jego wsi jest dodatkowo sołtysem . Nietrudno już chyba odgadnąć , że teraz będzie wieniec dla - pana Józefa Sawickiego.

Rolnicy na chwilę ustępują miejsca przedstawicielom innych zawodów. Mamy nadzieję , że nawet najstateczniejsi rolnicy rozstąpią się przed nim z szacunkiem. Rozstępują się z należnym mu szacunkiem , z należną mu sympatią naszego społeczeństwa . Bo przyszedł do nas i pozostał z nami , by oficjalnie leczyć ciała . Tymczasem wszyscy ci , którzy u niego leczyli dolegliwości ciała, wiedzą dobrze , że jako urodzony psycholog i dobry człowiek potrafi nadprogramowo leczyć i ludzkie dusze. Bo po ludzku , zwyczajnie potrafi wczuć się w sytuację drugiego człowieka , potrafi wysłuchać trosk , zrozumieć , pokrzepić , swoją pogodą i swoim optymizmem potrafi zarazić swoich pacjentów . A jako lekarz na wsi musi być lekarzem wielu specjalności . I jako lekarz na wsi, nie może sobie pozwolić na słabość , na kapitulację wobec czyjegoś cierpienia i śmierci . I nie pozwala sobie na to nigdy, bo wie, że jest tutaj niezbędny i bardzo potrzebny ludziom. Niechaj zatem wraz z naszym szacunkiem , wdzięcznością i uznaniem dożynkowy wieniec przyjmie - pan Feliks Sobański .

On przybył do nas przed laty i pozostał z nami na dobre i na złe. Bogatszy dziś w doświadczenia, w wiedzę ogólną i wiedzę o człowieku. Ale pozostaje dla nas wciąż taki sam. Jest ciągle człowiekiem, który dla każdego ma dobre słowo, życzliwy uśmiech. Nie zna granic swej ofiarności. Nie ma czasu na wiele spraw osobistych. Jednakże zawsze znajduje czas dla ludzi. Przyszedł do nas z sercem. I taki wśród nas pozostał. W naszym społeczeństwie stał się niemal, że instytucją. Znamy wszyscy jego zasługi i znamy go jako  skromnego człowieka- skromnego pomimo jego zasług, osiągnięć i stanowiska. Nie uprawia pola. Orze jednak ciężej od najpracowitszego rolnika, aby w dusze dzieci  wciąż  od nowa zasiewać mądrość, wiedzę, ideały, dobro. Kształtując umysł i serce naszej młodzieży, jest cichym budowniczym jutra naszego kraju i naszego społeczeństwa. Niechaj dziś wolno nam będzie powiedzieć mu, że jest tu ceniony i kochany, oraz niechaj ten wieniec upleciony rękoma jego byłych uczennic i uczniów wyrazi to, czego słowem wyrazić nie sposób. Czy jeszcze trzeba dodawać, że będzie to wieniec dla dyrektora naszej szkoły – pana Stanisława Stawickiego.

Dożynkowy korowód ma się ku końcowi. Oto właśnie ona- kobieta, żona, matka, wiejska gospodyni, która biorąc żywy udział  w amatorskim ruchu teatralnym, zapisała się w pamięci wielu z nas, pamiętamy ją ze sceny. Ale wiemy, że ona- człowiek naszej wsi – jest członkiem ZBoWiD-u. Należy bowiem do tych, którzy podczas ostatniej wojny byli cichymi bojownikami Wielkiej Sprawy. Bojownikami niezależnie od wieku, płci. Narażając swe bezpieczeństwo i życie, torowali drogę do wyzwolenia kraju i lepszego życia, a po wyzwoleniu to życie jako pierwsi zaczęli budować. I ona wyrosła i wychowała się na naszej piaszczystej ziemi.  I ona- kiedyś młodociany żołnierz ruchu oporu, nie szczędziła zachodu i sił, aby życie jej bliskich i nasze było piękniejsze i lepsze. Kobieta w szarym, codziennym trudzie zwyczajnego, wiejskiego życia nie zamyka się. Nie odgradza się  od spraw społecznych, wspólnych, osobistymi troskami. Za to wszystko młode pokolenie naszej wsi dożynkowym wieńcem pragnie uczcić - panią Józefę Śliwowską.

Krocząc tuż za panią Józefą Śliwowską, dożynkowy  korowód zamyka – jak na dożynki  przystało- wielce stateczny  rolnik i społecznik w jednej  osobie. Dla niego  siwy  włos nie  znaczy , że  czas  pomyśleć o odpoczynku  po  pracowitym życiu. On – z  zamiłowania i pasji  społecznik i  rolnik – rezygnuje z prawa  do wypoczywania. Praca i  działanie są jego żywiołem. Znamy go jako wieloletniego działacza  rad narodowych, jako radnego gminnego, jako aktywistę ZSL, wreszcie jako życzliwego ludziom, dobrego człowieka, przynoszącego społeczeństwu naszej  wsi i rolnictwu  chlubę. Stając przed nim z dożynkowym  wieńcem, nasza młodzież życzy mu jak najlepszego zdrowia, dalszych sukcesów w gospodarowaniu i pracy społecznej oraz z należytym  szacunkiem  kłania  się przed zamykającym nasz dożynkowy korowód – panem Stefanem Wiśniewskim.


26.07.2026

WKROCZENIE SOWIETÓW DO BIAŁOBŁOT I ORLINY DUŻEJ W STYCZNIU 1945 R.

 

WKROCZENIE  SOWIETÓW

DO  BIAŁOBŁOT  I  ORLINY DUŻEJ  W  STYCZNIU  1945 R.

- wspomnienia   mieszkanek

 

Wspomnienia  mieszkanki  Białobłot  Stanisławy Matelskiej  zd. Czajczyńskiej

[ ur. w 1927r.,    rok  zapisu 1984]

      ,,  Działo się to we wsi Białobłoty 20[21].I.1945r. Rankiem (a mróz był wtedy około 20 stopni  przez cały dzień)  nie było wiatru, cichutko, szronisto. Usłyszeliśmy silny warkot, trzask i huk. Był to odgłos zbliżającego się ciężkiego sprzętu wojskowego. Przerażeni hałasem ubraliśmy się ciepło, zjedliśmy śniadanie, myśląc może ostatnie. Zapatrzeni na wschód, z lękiem na twarzach czekaliśmy. Z lasu ukazały się czołgi. Była godzina mniej więcej dziewiąta rano. Czołgi szły bardzo wolno i uważnie, tak prawie co 500 metrów, jeden za drugim. Pierwszy czołg na Dziewiniu  zjechał na prawą stronę za rów. Ustawił działo wylotem na północ i tak stał, aż nie przeszły wszystkie inne czołgi. Drugi czołg wjechał w nasze podwórze i ustawił działo w kierunku południowym. Potem jechał trzeci i następne, jeden za drugim, nie przeszkadzały sobie. Zjeżdżały na boki drogi, tak że środek drogi był wolny dla nadjeżdżających. Ziemia się trzęsła. Ja ze strachu ukryłam się za drzewem przy płocie. Wzięłam skorupkę ze zbitego garnka glinianego i zaczęłam pisać kreski na sztachecie. Tak kreśliłam, aż do popołudnia. Kresek miałam ponad dwieście trzydzieści. Tyle pamiętam szło samych czołgów. Później jechały szybciej i różne. Wojskowe, ciężarowe kryte  i z paliwem, żywnością i kuchnie. Szły aż do późnej nocy.

     Nagle wjechał samochód z wojskiem w nasze podwórze. Było ich dużo. Wyskakiwali szybko, jak mogli najprędzej. Jedni biegli do mieszkania, inni do studni. Pytali czy tu mieszkają Polacy. Przeszukali mieszkania, pownosili skrzynie, ustawili na stole. Jeszcze inni rozkładali druty. Na stole w mieszkaniu ustawili aparaty  i rozmawiali po rosyjsku. Była to kwatera główna. Byli żołnierze z odznaczeniami, zasłużeni, starsi wiekiem. Rozstawieni na podwórzu, przy czołgu, w mieszkaniu i wszędzie. Powiedzieli, że są głodni. Jedli wczoraj po wyjeździe z miasta Łodzi. Kazali przynieść ziemniaków, zabijali kury. Mama moja obierała ziemniaki, ja skubałam kury. Gotowali kucharze wojskowi. Nam, ani nikomu innemu nie było wolno dochodzić do kuchni. Ja nosiłam drwa do ognia, dokładali sami. Tak długo jak stali, jedliśmy tylko to, co nam podał kucharz, razem z wojskiem. Nie było wolno wychodzić z domu samemu. Wojsko spało w mieszkaniu, a nas, całą rodzinę, wartownicy zaprowadzili na noc do obory.  Nie spaliśmy ze strachu i nie rozmawialiśmy ze sobą. Kiedy już minęła noc i nadszedł dzień patrzeliśmy na twarze żołnierzy odważnych, cieszących się i śmiałych, przemarzniętych do szpiku. Mimo wszystko, zwyciężyła w nas chwila wyzwolenia, cieszyliśmy się razem z nimi. Jedni grali, mieli harmonijki. Inni śpiewali, jeszcze inni płakali. I tak zapomnieliśmy, co może być dalej.

    Po kilku dniach ukazał się tłum ludzi uzbrojonych, nadchodzących od strony lasu. Szli za frontem. Szli z bronią na ramionach. Była to piechota. Szli mężczyźni i kobiety w różnym wieku. Kobiety na głowach miały czapki, takie same jak mężczyźni. Na sobie miały kufajki. Górne okrycie jako takie. Jedne nosiły spodnie, inne spódnice. Niektórym ciało było widać. Jeden but cały, a drugi  inny, rozdarty. Niektóre miały naciągnięty na odmrożoną nogę rękaw od kufajki. Aż żal było patrzeć. Zmarznięci, głodni, obdarci, szli jak mogli najszybciej. Mówili, że idą wypędzić wroga z Poznania, bo tam się mocno broni. Szli też słabi, zmęczeni i chorzy. Tylko im było wolno odpocząć. Oni zostawali na noce. Szli tak trzy, czy cztery dni  i  noce  bez  przerwy. Godni pożałowania. Później coraz mniej.  Szedł też żołnierz, który zgłosił się na ochotnika. Wyjął  medalik, trzymał go w ręce i mówił, że jego pradziad pochodził z Polski, dlatego on  idzie. Pradziad mieszkał w Kleczewie koło Konina, a on chciał zobaczyć jego rodzinne strony. Jego dziadzio mu opowiadał, że jak był dzieckiem, to pradziad służył w rosyjskim wojsku dwanaście lat i nie wrócił do Polski. Ożenił się z Rosjanką  i dostał  tyle ziemi, ile oczy mogły zobaczyć  i cztery woły .

   Były  to chwile  smutku  i  radości,  których  się  nie  zapomina.”

…..

Wspomnienia  mieszkanki  Orliny  Dużej  Otylii  Sandek

[ napisane  ołówkiem w  1947r. , w „języku ojczystym” ze starych czasów  (język  olędrów,  gwara ),          w taki sposób,w  jaki  nauczyła się  w miejscowej  szkole  i  w  domu  ]

   ,, [Styczeń  1945 r.] W niedzielę [21.I.] wróciła pani Grande. Byliśmy u niej. W domu nie mogliśmy zasnąć.  Wtedy ktoś zapukał do okna.  To byli [sowieccy] partyzanci. Brali wszystko: również szary garnitur męża i kozaki. Męża przeszukali, ale nic mu  nie zrobili.  U  Schwirka drugi raz wybili okno. U Rittamerów  wzięli też, co chcieli. Przyjechali od  Biskupic dwoma wozami. W Orlinie byli  u każdego. U Kriegera Johana zgubili czapkę .

   We wtorek przyszli Kłodziński i parobek od  Polzina. Chcieli wiedzieć, czy  Sandek  (sołtys wsi) jest w domu. Zbliżają się Rosjanie i on powinien uciekać. Retzlafa  i  Schwirka  już zastrzelili. Mój mąż zaraz wyszedł. Potem przyjechał Zelner. Okazało się, że to nie była prawda. Rosjanie chcieli tylko broń. Karabin był na miejscu. Ja poszłam zaraz do mojego męża i powiedziałam mu, że nikt nie został rozstrzelany.

   W środę przyszli Rosjanie. Najpierw jechały czołgi i samochody od strony Czarnego Brodu. Zabierali wszystkie konie i wozy. Ja byłam tylko sama w domu. Mąż był w lesie koło Michalinowa. Mąż nic nie widział. On był dobrym Polakiem. To trwało kilka dni. 

    Później było trochę lepiej. Do męża przyszedł Władysław Szulc – [nowy] sołtys. Pomógł mu. Wieczorem przyjechała  milicja  ze Rzgowa.  Mojego męża nie było.  Zapytali: „Gdzie on jest? ”  Odpowiedziałam: „Poszedł do Szulca.”  Szulc  powiedział: „ Nie było go u mnie.”, choć on wcześniej wyszedł z domu. Po tym poszli dalej.  Bardzo wcześnie rano poszłam po niego i  przyprowadziłam do domu. Rano znowu  przyjechali ze Rzgowa. Tak się bałam, że cała  się trzęsłam. Jeden powiedział do mnie, że mam się nie bać, bo mąż wróci wieczorem do domu. Tak też było. Ale Schwirk ,  Retzlaf Daniel i  Schacht wrócili dopiero następnego wieczoru. Co 2 dni musieli się meldować. Ale mój mąż nie musiał. To trwało do 10.02.1945r.

    11.02.1945r. mężczyźni musieli się stawić w Rzgowie i zabrać ze sobą ubranie i  jedzenie na dwa tygodnie. Byli to: Sandek, Kochanke Leon, Zobel Heinrich, Martin Otto, Retzlaf A., Retzlaf D., Schacht Julius, Zelner Heinrich, Steinke Ewald, Werner. Wrócili do nas  jako wypędzeni. Musieli iść. 

    20.02.1945r. musieliśmy się wynosić. Wszyscy Niemcy. Wtedy przyjechała milicja z wozami. Wszyscy udali się do Biskupic, do pałacu. Tam było po 70 osób w  jednym pomieszczeniu. Mężczyźni zostali  znowu zabrani:  Hanelt E., Hauf Heinrich, Reiser J., Martin Erich, Grewe Siegfried, Grewe August.  Siegfried Grewe wrócił potem z Kalisza.  Erich Martin wrócił dopiero w listopadzie. A  z pozostałych wrócił z  Kalisza Otto Martin. Miał chorą stopę.  W listopadzie wrócili  jeszcze Leon  Kochanke, Siegfried Albert i Karl Albert. W marcu wrócił jeszcze Emil.

    Zginęli/zmarli: Retzlaf D., Schwirk D., Zelner H., Zobel Ewald, Retzlaf H.  Retzlaf A. też podobno zginął,  ale nie wiem, czy to prawda. Schwirk Leon podobno mieszka w Niemczech ze swoją żoną.

   Mój mąż został w Koninie. Jeden człowiek powiedział mi, że 2 tygodnie przed Wielkanocą miał jechać z Konina do Łodzi. On miał go widzieć. Ktoś inny mówił mi, że mój mąż został rozstrzelany w Koninie. Pan Bóg wie, ale ja myślę, że w Łodzi, bo tam  go  ktoś widział.  Otto  Range wrócił z Wermachtu.

   A teraz o rodzinie Schnorr: Ona była chora i mieszkała u rodziny Grande. To było przez Rosjan!           Oni zawsze zabierali  ją wozem do oficera. Zostawała tam 1-2 dni , a potem on przywoził ją  i znowu zabierał. To właśnie tej ostatniej nocy, kiedy musieliśmy się wynosić, był u niej jakiś okropny Rusek i ona musiała z nim spać.  Później miała iść  do Rosji,  ale  powiedzieli jej, że musi wracać i nie ma mówić, że jest nauczycielką.  Jej rzeczy miała służąca  od  Rittamerów.  Ja ją  ( panienkę Schnorr ) wzięłabym ze sobą, bo myślałam: wróci jeszcze.  Od pani Grande dowiedziałam się jednak, że ona już odeszła. Powiedziała, że się zapije. Nic o niej nie wiem więcej.

    I jeszcze: Jak byliśmy w Biskupicach, nocą przychodzili zawsze Polacy, którzy kradli nasze rzeczy, kolczyki, zegarki. Mówiło się, że to są Rosjanie. Przyszedł komendant i też nie wolno było skarżyć się. Tam byliśmy do 1.03.1945r. Wtedy przyszli Polacy i zabrali nas do pracy. Ja dostałam pracę u krawca Wysockiego. Byłam zadowolona. Martha Reiser poszła na gospodarstwo Rittamera. Ta miała tam źle. Ja miałam też iść na swoje, ale mi nie pozwolili, i  też nie chciałam.  Miałabym tam źle, bo  byłam zupełnie sama.

   W sierpniu dostałam od Gustawa list. Ucieszyłam się, że kogoś mam - w sensie, że ktoś żyje. 28.09.1945r.wrócił. Prawie boso, prawie bez ubrania, ale coś jeszcze dla niego znalazłam. U teścia Mroza został jeszcze przez rok i miesiąc.  O Richardzie nic nie wiedział.

   Potem zostałam wzięta do wyrywania buraków na majątku w Dembe koło Kalisza. Pracowałam tam 5 tygodni. Na Boże Narodzenie wróciłam.

    10.01.1947r. wyjechałam i byłam do 1.05.1947r. obozie w Szczecinie. 4.05.1947r. przyjechałam do Pirna, Tam  byłam  do 19 maja 1947r.  Potem byliśmy rozesłani dalej.”

                                                                         [  Tłumaczenie z  języka niemieckiego - Katarzyna  Kowalska

                                                                            Wybór  z  tekstu – Piotr  Czajczyński  ,  Białobłoty -  2013r.  ]