19.08.2026

DOŻYNKI 1974 W GROMADZIE BIAŁOBŁOTY

Dożynki 1974 - czyli

Marian Cezary Abramowicz o mieszkańcach Gromady Białobłoty

 

[  W 1974 roku na placu  gromadzkim  w  Orlinie  Małej  odbyły  się  dożynki miejscowości  należących  do  zlikwidowanej  wcześniej Gromady  Białobłoty. Autorem scenariusza do tej  imprezy był M. C. Abramowicz, który  zawarł  w nim krótkie charakterystyki starostów i wicestarostów / w symbolicznej liczbie  33/, mieszkańców Białobłot, Orliny Małej, Orliny Dużej i Dziewinia Dużego. Opisy M. C. Abramowicza  zawierają  też  sporo informacji  lokalnych – historycznych, które po  latach  warto  przybliżyć. ]

 

                           / -fragment scenariusza dożynek z 1974r./

                  / kolejność prezentowanych osób zgodna ze scenariuszem /

 

… Znamy ją wszyscy- młodzi i starsi, i starzy. Każdy chciałby mieć taką matkę, żonę, synową, siostrę. Każdy chciałby mieć taką sąsiadkę. Ujmująca pani domu. Gospodarna, pracowita i zawsze zadbana gospodyni wiejska. Życzliwa ludziom, zawsze taktowny, serdeczny człowiek. Nie zamyka się w domu, we własnej zagrodzie, kręgu spraw swojej rodziny. Czuła matka dzieci i żona garncarza-artysty, którego dzieła znane są w całym kraju, przynosząc zaszczyt naszej wsi i okolicy. Działaczka społeczna na kilka frontów. Położyła podwaliny pod działalność Koła Gospodyń Wiejskich. Reprezentowała nas w powiatowej radzie narodowej. Ofiarna mama i niezawodna działaczka komitetu rodzicielskiego w szkole. Z jej udziałem każda impreza w szkole i poza szkołą musi być udana. Ceniona i lubiana przez wszystkich, została przez młodzież zaproszona na starościnę dożynek. Witamy i kłaniamy sie nisko starościnie naszych dożynek – pani Sabinie Czajczyńskiej.

A starosta?  Nie wszyscy potrafiliby od razu i bez możliwości pobłądzenia trafić do jego zagubionej wśród lasów zagrody. Jest on panem na tej zagrodzie nowoczesnej i nowej, jak na tych ziemiach życie po wojnie. Nowa zagroda zastąpiła tamtą starą, która obrosła legendą partyzancką, jako schronienie i przystań działającej w tych stronach partyzantki. Wojna przewaliła się przez nasze ziemie i lasy. On zaś pozostał wierny tamtemu miejscu, na którym wybudował nowy dom zorganizował lepsze życie. Pozostał wierny kawałkowi piaszczystej ziemi odziedziczonej po ojcach. Ta ziemia rodzi mu plony. Bo jest gospodarzem znakomitym, nowoczesnym rolnikiem i najprawdziwszym człowiekiem, któremu nie jest obce nic co ludzkie, co nasze. Nogami i sercem wrósł w piaszczystą ojcowiznę i lasy. Nie wstydzi się swego serca dla ludzi, dla społeczności naszej wsi i okolicy. Nie wstydzi się swego przyjaznego uśmiechu -uśmiechu życzliwego ludziom, dobrego człowieka. Jest solą i chlubą tej ziemi, na której praca przynosi  mu satysfakcję, pożytek oraz szacunek i uznanie ludzi. Wyrazem uznania młodych -oznaka starosty dożynek. A zatem kłaniamy się staroście dożynek - panu Józefowi Osmanowi.

 

Dożynkowy korowód otwiera młody człowiek, który zdobywszy '' miejski'' zawód, swoje losy związał na stałe z naszą wsią. Działacz partyjny i do niedawna młodzieżowy. Znamy go wszyscy. Służy naszemu społeczeństwu swoimi talentami zdolnego, uprzejmego handlowca, który potrafił tak długo pechowy sklep zamienić w placówkę, gdzie jest co kupować i kupuje się z przyjemnością. Pierwszy w dożynkowym korowodzie wieniec dla – pana Tadeusza Andrzejewskiego.

A oto już wzorowy rolnik. Potrafi pogodzić przykładnie spełniane obowiązki rolnika i gospodarza z obowiązkami dojeżdżającego do pracy w przemyśle robotnika. Jako dobrze gospodarujący rolnik i jako dojeżdżający do pracy robotnik, potrafił jeszcze znaleźć siły i czas na pracę społeczną, na działanie na rzecz społeczeństwa. A młodzież dożynkowym wieńcem pragnie uhonorować - pana Jana Cierzniaka.

Po młodym rolniku młody rolnik gospodarujący z zapałem i jak najlepszym skutkiem na piaszczystej ziemi. Działacz społeczny, były radny powiatowy i aktualnie radny gminny, aktywista ZSL, ujmujący człowiek o jasnym uśmiechu i sercu. Nie ma nikogo, kto spotkawszy go gdziekolwiek, nie polubiły go. Jest wartościowym i na wskroś dobrym człowiekiem uwrażliwionym na wszystko, co dotyczy naszej wsi i naszej okolicy. Życzyć by należało, aby było u nas jak najwięcej takich ludzi i takich gospodarzy jak on. A zatem dożynkowym wieńcem czcimy cenionego i lubianego przez wszystkich sołtysa wsi Orlina Duża - pana Tadeusza Derezińskiego.

Jemu dożynkowy wieniec trzeba by spleść nie tylko z kłosów zboża. Do wieńca trzeba by wpleść słońce i tyle przynajmniej uśmiechów, co kłosów zboża, a to wszystko misternie związać złotą wstążką uznania, podziwu i sympatii. Niezmiennie młody duchem jest przyjacielem młodych i starszych, każdego. Wielu z nas pamięta go ze sceny jako inicjatora i siłę napędową amatorskiej działalności teatralnej, jako aktora i twórcę wielu widowisk scenicznych. Niezmiennie młody duchem, młodszy duchem od wielu młodszych od niego latami, ostatnio dołączył do młodzieży, wraz z nią organizując od podstaw Regionalny Zespół  Artystyczny ''Białobłoty''. Jest wszędzie tam, gdzie coś dobrego i społecznie pożytecznego się dzieje . Jego zacięcie społecznikowskie jest powszechnie znane i znany jest on jako naczelnik poczty od wielu lat, wykonując na tym stanowisku dla ludzi nieraz dwa, trzy razy tyle, ile wykonać miałby obowiązek. Za jego młodzieńczość, dobroć, uśmiech, za to, że jest tak wspaniałym człowiekiem, nasza młodzież dziękuje mu i czci dziś dożynkowym wieńcem - pana Stanisława Hyżaka.

I znów człowiek w pełni zasługujący na uznanie, na sympatię, na dożynkowy wieniec. Rozmiłowany w ziemi doskonały rolnik i dobry człowiek o ujmującym uroku osobistym. Znamy go wszyscy i dobrze pamiętamy. Zawsze pogodny, uśmiechnięty, uprzejmy-całymi latami-zimą i latem, podczas jesiennych słot i zimowych śnieżyc-przemierzał nasze dobre, gorsze i fatalne drogi i ścieżki, nie bacząc na upał, na trzaskający mróz, na śnieg czy pluchę. Pamiętajmy go jako sumiennego i wzorowego rolnika. A zatem dożynkowy wieniec dla - pana Jana Hyżego.

Jeżeli ktoś nie zna jego, to musi przynajmniej znać jego synów, którzy jako ojcu wydają mu chlubne świadectwo. Tu urodzony i wychowany nie musiał z tymi stronami wiązać swego losu i losu swoich dzieci. Ale pozostał wierny rodzinnym stronom i tej ziemi. Uwrażliwiony na sprawy wsi człowiek i działacz społeczny nie żałuje czasu i sił dla dobra społecznego. Działa w wielu organizacjach działających na wsi. Znany i lubiany także przez młodzież, lubiany jako działacz społeczny i przyjazny ojciec kolegów i działaczy ruchu młodzieżowego i artystycznego. Dożynkowy wieniec dla prezesa Koła ZSL w Białobłotach, podsołtysa i gospodarza dzisiejszej zabawy dożynkowej - wieniec dla - pana Mariana Jaszczaka.

Po rolniku znów rolnik gospodarujący na swej ziemi i dojeżdżający do pracy w przedsiębiorstwie budowlanym pracującym dla rolnictwa. Jest dobrym rolnikiem i dobrym robotnikiem. Dla młodych – życzliwy człowiek i ojciec ich koleżanki – ofiarnej działeczki młodzieżowej  i przewodniczącej coraz energiczniej rozkręcającego się koła ZSMW. Z satysfakcją i przyjemnością wręczamy dożynkowy wieniec - panu Władysławowi Kaczkowskiemu.

Do niedawna jeszcze rumieniąca się dziewczyna za sklepową ladą. Dziewczyna, dzięki której prowadzony przez nią sklep stał się wizytówką naszej wsi, przyjezdnych zadziwiał estetyką wnętrza, czystością. A dziewczyna zza lady zbierała uśmiechy i uznanie klientów sklepu – stałych i przygodnych – za szybką i fachową obsługę, za  szeroki asortyment oferowanych towarów. Dziewczyna wyrosła nam na panią zza lady, ale pozostała z nami tu gdzie wyrosła, wśród tych, z którymi wyrastała. Chcemy ją uczcić dożynkowym wieńcem i uśmiechem od tych z drugiej strony lady. A więc słowa uznania, uśmiech i dożynkowy wieniec dla - pani Janiny Kołeckiej.

 

Młodość była zawsze i jest jednakowa: niespokojna, niecierpliwa, bardziej lub mniej zadziorna i lekkomyślna. Bywa też posądzona o brak należytego szacunku dla zasług ludzi dorosłych. Nasza młodzież nie jest ani lepsza , ani gorsza od innych. Wie o tym ten, który miał wyjątkowo bogatą, czynną i bojową młodość w czasach przed- i powojennych. I pozostał młodym duchem pomimo siwych włosów na głowie. Był młody i walczył o lepsze jutro organizatorów dzisiejszej uroczystości, których jeszcze nie było na świecie. Przedwczoraj i wczoraj walczył z oddaniem o równość społeczną oraz o prawo do lepszego i piękniejszego życia dla wsi polskiej. Walczył o to w szeregach  ,,Wici” i radykalnego ruchu ludowego. Walczył w czasie wojny jako żołnierz batalionów chłopskich. Dziś jest statecznym gospodarzem, szanowanym działaczem ZSL zasiadających w jego władzach różnego szczebla. Pozostał młody duchem, wciąż jeszcze ożywiony entuzjazmem o dobre i o lepsze. Pozostał żywą historią ruchu ludowego w tych stronach. O przyjęcie dożynkowego wieńca. A młodzież nasza pragnie dziś oddać mu szacunek i prosi o przyjęcie dożynkowego wieńca. Wieńca uplecionego rękoma dziewcząt i chłopców, którzy są nadzieją i radością tej ziemi. Prosimy o wieniec dla- pana Zygmunta Kowalskiego.

W dożynkowym korowodzie gospodarzy nie może zabraknąć kobiet. Oto jedna z nich. Niedawno niemal, że dziewczynka, dziecko. Dziś już kobieta oraz wzorowa pracownica wiejskiego handlu, wymieniana jako najlepsza sprzedawczyni wiejska w naszym powiecie. Klienci jej sklepu wszyscy są zgodni co do tego, że nie mieli nigdy dotąd tak sprawnego, uprzejmego i miłego sprzedawcy jak ona. Oczarowani są nią ludzie, zwłaszcza przypadkowi klienci, którzy zaskoczeni kulturą i sposobem bycia tej sprzedawczyni, która dla każdego ma miłe słowo, ciepły uśmiech, uprzejmość i życzliwość. Młodzież do, której i ona przecież przynależy, chociaż ona nie panna a pani, otóż młodzież dożynkowym wieńcem pragnie ją uczcić wyrażając życzenie: aby się nam na kamieniu rodziły takie sprzedawczynie jak - pani Halina Łukasiewicz.

Dla kontrastu znów doskonały, a przy tym – rzec by się chciało stylowy rolnik. Skromny człowiek Polskiej wsi, o pracowitych rękach oraz sercu nie mniej szerokim niż jego uśmiech. Rolnictwo w jego wydaniu to zawód nie tylko przynoszący jemu i społeczeństwu pożytek. W jego wydaniu rolnictwo jest po prostu zawodem pięknym i atrakcyjnym, także dla młodych. A on jest dla młodzieży, która chciała by swe losy na stałe związać  z ziemią i wsią, jest on przyjemnym i pouczającym wzorem do naśladowania. Ten wieniec z pewnością zostanie przekazany w godne ręce, bo w ręce - pana Stanisława Maciejewskiego.

Z chodzących na jagody i grzyby dzieci wyrastają dorodne panny i chłopcy do żeniaczki. Dorastają i pobierają się. I znowu ich dzieci zaczynają chodzić na jagody i grzyby, bardzo często po drodze mając ,, leśniczówkę jagodną, skumaną z sosnami, brzozami i baśnią’’. Czasami też spotykają pana na białej leśniczówce, najbardziej eleganckiego i stylowego wśród leśników leśnika, który jak mocny dąb, całą duszą wrósł w nasze lasy i ziemię, którą – jak każdy dobry rolnik – troskliwie, po gospodarsku uprawia. Zmieniają się ludzie, mijają lata. A on opierający się wichrom i burzom trwa wiernie na straży lasów, którym zawierzywszy jak dąb, siłę i młodość zdaje się czerpać z tej ziemi, której jako rolnik jest tak wierny. Pozdrawia go młodzież i wieniec dla niego  przygotowała.  Dożynkowy wieniec dla - pana leśniczego Kazimierza Mańki.

Przybył z daleka. Osiadł na naszej ziemi. Naszą ziemię i żyjących na niej ludzi pokochał tak, że stał się  jednym z najwierniejszych synów tej ziemi. Od lat jest kimś bardzo potrzebnym tej ziemi i żyjących na niej ludziom. Dziś zrósł się ze środowiskiem tak, że nie sposób wyobrazić sobie naszej wsi bez niego. Lubimy go. Uśmiechamy się zawsze do niego z sympatią. Bo jakże by było się można nie uśmiechać do tak dobrego i serdecznego człowieka?  Poważamy go. Jest za co poważać. Odznaczony złotą odznaką ,,Zasłużony dla województwa poznańskiego’’ sterał wiele sił i swoje najlepsze lata dla naszej wsi i jej mieszkańców. Jest rzutkim społecznikiem i działaczem terenowym. Pełnił mnóstwo obowiązków społecznych. Aktywny członek ZSL. Człowiek ceniony przez społeczeństwo i władze administracyjne gminy i powiatu. Cieszy się sympatią naszej młodzieży, która uplotła wieniec i chciała by nim uhonorować długoletniego sołtysa wsi Białobłoty i rolnika - pana Mieczysława Markowskiego.

Gdyby ktoś chciał wskazać kobietę, która skupiała by w sobie cały urok, ciepły i wszystkie cechy, wszystkie zalety wiejskie gospodyni z Białobłot, ją niechybnie by wskazał i wcale by się nie pomylił. To kobieta i człowiek, który dla ludzi ma tylko wyrozumiałość i dobroć. Zdaje się podawać ludziom swoje serce na dłoni. Swoim przykładem, słowem, uśmiechem potrafi budzić wiarę drugiego człowieka oraz w to wszystko, co w człowieku najlepsze i najpiękniejsze. Dziś, w dniu święta plonów, wyrażamy jej w imieniu naszej młodzieży i dożynkowych gości nasze uznanie i nasze sympatie jako gospodyni, społecznie pracującej kobiecie, uczulonej na wszystko, co dotyczy naszej wsi i okolicy, co dotyczy naszego społeczeństwa. Tak zatem dożynkowy wieniec z uznaniem i szacunkiem kłaniając się nisko, z pewnym onieśmieleniem przekazujemy radnej powiatowej – pani Marii Matelskiej.

W Białobłotach urodzaj na Matelskich. I dobrze, że mamy tylu różnych Matelskich. – Różnych wyglądem, imieniem, ale wszyscy jedno mają wspólne: to dobrzy, prawi i serdeczni ludzie. Możemy być dumni ze wszystkich Matelskich w Białobłotach. A wieniec przypadł wzorowemu rolnikowi i ojcu, który wiedział  jak najodpowiedniej wychować swoje dzieci, z których jedne poszło w świat, dając jak najlepsze świadectwo ludziom z naszego środowiska, domowi Matelskich i ich ojcu, drugie pozostały. Pozostał wychowany przez ojca następca na gospodarstwie. Ojciec, choć sterany pracą i chory, trwa wiernie na swojej ziemi i może być dumny, że nie jest sam. Od ojca umiłowania pracy i wierności naszej ziemi nauczył się syn – naszych młodych kolega. Zatem nasza młodzież dożynkowym wieńcem pragnie oddać cześć wzorowemu rolnikowi, człowiekowi i ojcu kolegi, prosząc, aby wieniec przyjął - pan Adam Matelski.

Bez  niego Białobłoty  nie były by Białobłotami. Bez niego uboższa była by nasza wieś i społeczeństwo nasze byłoby niepełne. Przywykli wszyscy do niego. Nie jesteśmy w stanie docenić  i ocenić tego wszystkiego, co już zrobił i nadal robi dla naszej wsi, ku pożytkowi nas wszystkich. To człowiek, który zdaje się mieć znacznie za duże serce. To człowiek, który zdaje się dysponować siłami nie do wyczerpania. Szanują go ludzie, podziwiają. Lubi go młodzież –i to z wzajemnością. Zasługuje na to. Podziwiać go muszą wszyscy, którzy uważnie i z bliska obserwują jego działalność, wszyscy, którzy znają. On zawsze znajduje czas i siły, aby działać dla dobra wspólnej sprawy. Za sobą ma wojnę. Jako żołnierz  KBW w latach powojennych dziesiątki, jeśli nie setki razy ryzykował życie  w walkach z nacjonalistycznymi bandami w Bieszczadach. Dziś kombatant dobry całym sercem i niepokonany człowiek. – Człowiek  o złotym sercu i złotych rękach. Niestrudzony i ofiarny pracownik szkoły, inicjator i wykonawca wielu czynów społecznych na rzecz wsi i społeczeństwa, budowniczy Domu Strażaka, ofiarny i energiczny  naczelnik Ochotniczej Straży Pożarnej w Białobłotach. Wiemy, że jego ofiarności i pracy nikt i nic nie może dostatecznie wynagrodzić. On nie dla nagród i poklasku pracuje. Niechaj zatem  ten dożynkowy wieniec upleciony rękoma dziewcząt i chłopców będzie dla niego  wyrazem hołdu i uznania dla społecznika i wspaniałego człowieka – jednym słowem wieniec dla - pana Zygmunta  Matelskiego.

Między porosłymi lasem wzgórzami a łąkami z daleka biała zagroda tego gospodarza, który nie od wczoraj, nie od dziś wie, jak być dobrym rolnikiem. Nie musi wstydzić się swoich spracowanych rąk, którymi na wysoki poziom podniósł swoje gospodarstwo i wzniósł białe gniazdo dla siebie i swojej rodziny. Ten skromny człowiek, cichy syn tej ziemi i pan na swojej zagrodzie -jako człowiek może być dumny z tego, co osiągnął . A to co osiągnął musi napawać serce każdego, komu bliska jest polska wieś i jej przyszłość. Tacy ludzie jak on czynią wieś zasobniejszą i coraz piękniejszą. Dumna jest z niego organizacja zeteselowska. Dumna z niego może i musi być cała wieś. Zazdrościć mogą mu sąsiedzi. Nie mogła nie zauważyć go nasza młodzież, czego dowodem wieniec dożynkowy dla - pana Józefa Matuszewskiego.

Ale oto w dożynkowym korowodzie znowu kobieta, znowu żona, matka i przykładna gospodyni wiejska, której nie wystarcza do szczęścia życie na modłę babek i matek. Wyszła z uświęconego tradycją, zamkniętego  kręgu życia kobiety: Dzieci- kuchnia –pole. Buduje z powodzeniem lepsze, ciekawsze i piękniejsze życie dla siebie i swoich dzieci.  Nie lęka się stawić czoła trudom życia nowoczesnej gospodyni, kobiety wiejskiej. Nie boi się odważnie spojrzeć w twarz nowoczesności. Wyszedłszy z uświęconego tradycją zamkniętego kręgu życia wiejskiej kobiety , w swoje ręce ujęła przyszłość swoich najbliższych oraz stała się rzecznikiem innych kobiet . A młodzież kłania się pięknie, niosąc wieniec dożynkowy przewodniczącej Koła Gospodyń Wiejskich w Białobłotach - pani Marii Nowickiej.

 Wzorowy rolnik-hodowca. Gospodarz z rozmachem i całą duszą. Dla ludzi zawsze uśmiechnięty, z sercem otwartym na oścież, gościnny i ujmujący pan domu. Syn przedwojennego jeszcze działacza ludowego, wzorem ojca i zgodnie z rodzinnymi tradycjami jest członkiem Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego. Młody mąż, ojciec i brat, życzliwy zawsze sąsiad i wszystkim ludziom. Pozostał wierny odziedziczonej ojcowiźnie, godząc tradycje rodzinne z nowoczesnością gospodarowania oraz spojrzenia na świat  i ludzi. Szczęśliwy mąż swojej żony- współautorki jego gospodarskich sukcesów i jego osobistego szczęścia- nie ma zwyczaju zamykać się w kręgu swoich prywatnych spraw. Ma wyczucie społecznika i postawę wzorowego obywatela. Nic wtedy dziwnego, że na Trzydziestolecie Polski Ludowej został odznaczony złotą odznaką „Zasłużony dla województwa poznańskiego’’. Jako młody rolnik i młody człowiek jest wzorem dla naszej młodzieży , która swoją sympatię i swoje uznanie pragnie wyrazić mu dożynkowym wieńcem. – Wieniec dla - pana Czesława Nowickiego .

Cichy, ujmujący człowiek. Kobieta i matka . Gospodarująca samodzielnie wiejska gospodyni. Od lat ceniona i lubiana pracownica naszej szkoły . Szanują ją w szkole i lubią tak nauczyciele jak i dzieci . Dobra i skromna jak chleb powszedni idzie przez życie , obdarzając ludzi macierzyńską dobrocią i krzepiącą życzliwością dobrego człowieka . Zawsze chętna tam , gdzie istnieje potrzeba społecznego działania . Na czynnych i wartościowych społeczników wychowała swych synów , którzy swą przyszłość osobistą widzą tutaj , a nie na przykład w dalekim mieście . Kochając tę ziemię , miłość do tych stron wpoiła także swoim dzieciom , z których może być dumna tak , jak jej synowie dumni są z niej. Oddając hołd kobiecie i człowiekowi , młodzież prosi , aby zechciała wieniec przyjąć  -pani  Helena  Ogórkiewicz .

Mógłby przecież , jak tylu jego rówieśników , gdzieś w mieście kupić sobie szczęście na raty i udawać tam szczęśliwego , któremu udało się porzucić ojcowską ziemię i wieś . A on nie poszedł śladem innych . Pozostał na ojcowiźnie . Nie uląkł się trudu zmagania się z nieurodzajną ziemią . Wziął się z nią za bary . I zwyciężył . Ziemia daje mu coraz lepsze i obfitsze plony . Wzorowy młody rolnik pozostał solą tej ziemi i jej bogactwem największym . Do niedawna był czynnym działaczem młodzieżowym . Obecnie zmagając się z ziemią nie potrafi być obojętny na nic , co dotyczy działalności społecznej . Oby jak najwięcej młodych rolników o takiej kulturze osobistej i poziomie osiadało na naszej wsi , której młodzież dziś wraz z najlepszymi życzeniami pragnie przekazać dożynkowy wieniec - panu Kazimierzowi Owczarkowi.

Dumni  jesteśmy z naszych matek , żon i sióstr . Dumni jesteśmy z kobiety , która jest samą serdecznością , ciepłem , uśmiechem , pogodą i wdziękiem naszej wsi . Dziewczęcego wdzięku zazdroszczą  jej córki  i w ogóle dziewczęta .  Jest wciąż  młoda i pełna życia . Ona nie ma czasu na to , aby zestatecznieć , pogodzić się z siwym włosem na skroni . Jest wszędzie tam gdzie śmiech , gdzie pieśń , gdzie radość i młodość . Jest wszędzie tam , gdzie potrzeba jej mądrości , rady, jej sprawnych rąk . Jest zawsze na czas wszędzie tam , gdzie komuś potrzeba serca , uśmiechu . Jest wszędzie tam , gdzie potrzeba coś zrobić dla dobra innych , dla dobra ogółu . I przedziwnie potrafi godzić obowiązki mamy, babci , żony , uroczej pani domu , wiejskiej gospodyni , działaczki społecznej . Można ją tylko podziwiać . Naśladować byłoby o wiele trudniej . Dlatego z podziwem, sympatią i najgłębszym  szacunkiem pochylamy się przed nią prosząc , aby od młodzieży przyjąć zechciała dożynkowy wieniec – wieniec dla - pani Zofii Perczyńskiej.

Są tacy, którzy zastanawiają się kogo jest w naszej okolicy więcej – Matelskich czy Perczyńskich . Co przezorniejsi wolą się w tej kwestii nie wypowiadać . Wolą zaczekać na wyniki gruntownych badan naukowych . Ale są też tacy , którzy twierdzą , że Matelscy nie wiedzą dokładnie , ilu jest Matelskich … i Perczyńskich . I tak samo Perczyńscy nie wiedzą , ilu jest Matelskich … i Perczyńskich . Bo żeby dla nich upleść dożynkowy wieniec , trzeba by na wieńce przeznaczyć dużą stodołę zboża . Ale tego Perczyńskiego nie sposób pomylić ani z Matelskimi ,  ani z innymi Perczyńskimi – krewnymi po kądzieli i mieczu . Znają go wszyscy jako zręcznego rolnika , jako gościnnego i czarującego pana domu,  jako świetnego gawędziarza , jako człowieka , który sobą łączy to , co było wczoraj z tym co jest dzisiaj. Pozostał wierny ziemi i wsi . Z pomocą żony i córki stworzył wzorzec nowoczesnego wiejskiego domu , który pozostał wiejskim domem , ale poziomem , ciepłem , atmosferą w nim panującą, nie jest w stanie mu dorównać żaden miejski dom. A zatem nasza młodzież nie mogła nie przygotować wieńca dla - pana Walentego Perczyńskiego .

Ten  człowiek  nie  nosi  nazwiska ,,Matelski” czy ,,Perczyński”. Posiada  nazwisko  rzadziej  spotykane. Ale on jest doskonale w tych stronach znany, nie  ze  względu  na  swoje  nazwisko, lecz  ze  względu na  swoje  zalety  obywatelskie i czysto ludzkie, jakie sobą reprezentuje. Znany jest społeczeństwu jako znakomity rolnik i sympatyczny  człowiek, jako  społecznik działający w wielu organizacjach wieniec pracujących dla wsi, jako  radny  gminny, aktywista ZSL , jako  sołtys.  To  już  chyba  wystarczy,  by  dożynkowy  wieniec  wręczyć – panu  Czesławowi Pietrzakowi.

Ten człowiek z wielu względów zasługuje na szacunek , uznanie , sympatię i uwagę – naszego społeczeństwa i naszej młodzieży . Jego postawa jako człowieka , jego mądrość , kultura osobista , oczytanie mogą być wzorem do naśladowania dla dorosłych , a zwłaszcza dla młodych. Jest działaczem społecznym , aktywnym człowiekiem Partii , przyjacielem ludzi . Ten utalentowany rolnik- hodowca , były żołnierz i ciekawy człowiek znany jest u nas każdemu . Bardzo często zachodzi do naszych domów . Zawdzięczamy mu w dobrą czy złą pogodę prasę oraz listy dobre i złe , choć on chciałby ludziom tylko dobre wiadomości przynosić . A więc rolnikowi , działaczowi i długoletniemu, nadzwyczaj sumiennemu pracownikowi naszej poczty, nasza młodzież przygotowała dożynkowy wieniec  i podpisuje się pod tym wieńcem dla - pana Jana Radoszewskiego .

Człowiek zrośnięty wszystkimi władzami swej duszy i serca z ziemią i wsią . Żadna sprawa wsi nie jest mu obojętna . Z powodzenia godzi obowiązki męża, ojca, dobrego rolnika, robotnika dojeżdżającego do pracy w przedsiębiorstwie budującym dla rolnictwa. Godzi z tym wszystkim obowiązki społeczne , obowiązki społecznika , prezesa jednego z najliczniejszych w powiecie kół ZSL . Rozważny, budzący zaufanie człowiek ma być z czego dumny. Swoim staraniem , pracą swych rąk dźwignął ojcowiznę, uratował ją dla swoich dzieci i dla wsi . I nie spoczął na przysłowiowych laurach . A zatem zasłużony wieniec dożynkowy dla - pana Jana Ratajczaka .

W dożynkowym korowodzie rolników i nierolników – oto znowu rolnik . Rolnik z krwi i kości . skromny człowiek z gatunku tych , którzy nie szukając poklasku , w rzeczywistości są solą naszej ziemi i największym jej bogactwem . Mówiąc o nim ,,człowiek” mimo woli myśli się ,,rolnik’’ . Mówiąc o nim ,,rolnik” , myśli się ,,człowiek’’. Dobry rolnik , dobry człowiek . Dla sąsiadów i mieszkańców jego wsi jest dodatkowo sołtysem . Nietrudno już chyba odgadnąć , że teraz będzie wieniec dla - pana Józefa Sawickiego.

Rolnicy na chwilę ustępują miejsca przedstawicielom innych zawodów. Mamy nadzieję , że nawet najstateczniejsi rolnicy rozstąpią się przed nim z szacunkiem. Rozstępują się z należnym mu szacunkiem , z należną mu sympatią naszego społeczeństwa . Bo przyszedł do nas i pozostał z nami , by oficjalnie leczyć ciała . Tymczasem wszyscy ci , którzy u niego leczyli dolegliwości ciała, wiedzą dobrze , że jako urodzony psycholog i dobry człowiek potrafi nadprogramowo leczyć i ludzkie dusze. Bo po ludzku , zwyczajnie potrafi wczuć się w sytuację drugiego człowieka , potrafi wysłuchać trosk , zrozumieć , pokrzepić , swoją pogodą i swoim optymizmem potrafi zarazić swoich pacjentów . A jako lekarz na wsi musi być lekarzem wielu specjalności . I jako lekarz na wsi, nie może sobie pozwolić na słabość , na kapitulację wobec czyjegoś cierpienia i śmierci . I nie pozwala sobie na to nigdy, bo wie, że jest tutaj niezbędny i bardzo potrzebny ludziom. Niechaj zatem wraz z naszym szacunkiem , wdzięcznością i uznaniem dożynkowy wieniec przyjmie - pan Feliks Sobański .

On przybył do nas przed laty i pozostał z nami na dobre i na złe. Bogatszy dziś w doświadczenia, w wiedzę ogólną i wiedzę o człowieku. Ale pozostaje dla nas wciąż taki sam. Jest ciągle człowiekiem, który dla każdego ma dobre słowo, życzliwy uśmiech. Nie zna granic swej ofiarności. Nie ma czasu na wiele spraw osobistych. Jednakże zawsze znajduje czas dla ludzi. Przyszedł do nas z sercem. I taki wśród nas pozostał. W naszym społeczeństwie stał się niemal, że instytucją. Znamy wszyscy jego zasługi i znamy go jako  skromnego człowieka- skromnego pomimo jego zasług, osiągnięć i stanowiska. Nie uprawia pola. Orze jednak ciężej od najpracowitszego rolnika, aby w dusze dzieci  wciąż  od nowa zasiewać mądrość, wiedzę, ideały, dobro. Kształtując umysł i serce naszej młodzieży, jest cichym budowniczym jutra naszego kraju i naszego społeczeństwa. Niechaj dziś wolno nam będzie powiedzieć mu, że jest tu ceniony i kochany, oraz niechaj ten wieniec upleciony rękoma jego byłych uczennic i uczniów wyrazi to, czego słowem wyrazić nie sposób. Czy jeszcze trzeba dodawać, że będzie to wieniec dla dyrektora naszej szkoły – pana Stanisława Stawickiego.

Dożynkowy korowód ma się ku końcowi. Oto właśnie ona- kobieta, żona, matka, wiejska gospodyni, która biorąc żywy udział  w amatorskim ruchu teatralnym, zapisała się w pamięci wielu z nas, pamiętamy ją ze sceny. Ale wiemy, że ona- człowiek naszej wsi – jest członkiem ZBoWiD-u. Należy bowiem do tych, którzy podczas ostatniej wojny byli cichymi bojownikami Wielkiej Sprawy. Bojownikami niezależnie od wieku, płci. Narażając swe bezpieczeństwo i życie, torowali drogę do wyzwolenia kraju i lepszego życia, a po wyzwoleniu to życie jako pierwsi zaczęli budować. I ona wyrosła i wychowała się na naszej piaszczystej ziemi.  I ona- kiedyś młodociany żołnierz ruchu oporu, nie szczędziła zachodu i sił, aby życie jej bliskich i nasze było piękniejsze i lepsze. Kobieta w szarym, codziennym trudzie zwyczajnego, wiejskiego życia nie zamyka się. Nie odgradza się  od spraw społecznych, wspólnych, osobistymi troskami. Za to wszystko młode pokolenie naszej wsi dożynkowym wieńcem pragnie uczcić - panią Józefę Śliwowską.

Krocząc tuż za panią Józefą Śliwowską, dożynkowy  korowód zamyka – jak na dożynki  przystało- wielce stateczny  rolnik i społecznik w jednej  osobie. Dla niego  siwy  włos nie  znaczy , że  czas  pomyśleć o odpoczynku  po  pracowitym życiu. On – z  zamiłowania i pasji  społecznik i  rolnik – rezygnuje z prawa  do wypoczywania. Praca i  działanie są jego żywiołem. Znamy go jako wieloletniego działacza  rad narodowych, jako radnego gminnego, jako aktywistę ZSL, wreszcie jako życzliwego ludziom, dobrego człowieka, przynoszącego społeczeństwu naszej  wsi i rolnictwu  chlubę. Stając przed nim z dożynkowym  wieńcem, nasza młodzież życzy mu jak najlepszego zdrowia, dalszych sukcesów w gospodarowaniu i pracy społecznej oraz z należytym  szacunkiem  kłania  się przed zamykającym nasz dożynkowy korowód – panem Stefanem Wiśniewskim.


26.07.2026

WKROCZENIE SOWIETÓW DO BIAŁOBŁOT I ORLINY DUŻEJ W STYCZNIU 1945 R.

 

WKROCZENIE  SOWIETÓW

DO  BIAŁOBŁOT  I  ORLINY DUŻEJ  W  STYCZNIU  1945 R.

- wspomnienia   mieszkanek

 

Wspomnienia  mieszkanki  Białobłot  Stanisławy Matelskiej  zd. Czajczyńskiej

[ ur. w 1927r.,    rok  zapisu 1984]

      ,,  Działo się to we wsi Białobłoty 20[21].I.1945r. Rankiem (a mróz był wtedy około 20 stopni  przez cały dzień)  nie było wiatru, cichutko, szronisto. Usłyszeliśmy silny warkot, trzask i huk. Był to odgłos zbliżającego się ciężkiego sprzętu wojskowego. Przerażeni hałasem ubraliśmy się ciepło, zjedliśmy śniadanie, myśląc może ostatnie. Zapatrzeni na wschód, z lękiem na twarzach czekaliśmy. Z lasu ukazały się czołgi. Była godzina mniej więcej dziewiąta rano. Czołgi szły bardzo wolno i uważnie, tak prawie co 500 metrów, jeden za drugim. Pierwszy czołg na Dziewiniu  zjechał na prawą stronę za rów. Ustawił działo wylotem na północ i tak stał, aż nie przeszły wszystkie inne czołgi. Drugi czołg wjechał w nasze podwórze i ustawił działo w kierunku południowym. Potem jechał trzeci i następne, jeden za drugim, nie przeszkadzały sobie. Zjeżdżały na boki drogi, tak że środek drogi był wolny dla nadjeżdżających. Ziemia się trzęsła. Ja ze strachu ukryłam się za drzewem przy płocie. Wzięłam skorupkę ze zbitego garnka glinianego i zaczęłam pisać kreski na sztachecie. Tak kreśliłam, aż do popołudnia. Kresek miałam ponad dwieście trzydzieści. Tyle pamiętam szło samych czołgów. Później jechały szybciej i różne. Wojskowe, ciężarowe kryte  i z paliwem, żywnością i kuchnie. Szły aż do późnej nocy.

     Nagle wjechał samochód z wojskiem w nasze podwórze. Było ich dużo. Wyskakiwali szybko, jak mogli najprędzej. Jedni biegli do mieszkania, inni do studni. Pytali czy tu mieszkają Polacy. Przeszukali mieszkania, pownosili skrzynie, ustawili na stole. Jeszcze inni rozkładali druty. Na stole w mieszkaniu ustawili aparaty  i rozmawiali po rosyjsku. Była to kwatera główna. Byli żołnierze z odznaczeniami, zasłużeni, starsi wiekiem. Rozstawieni na podwórzu, przy czołgu, w mieszkaniu i wszędzie. Powiedzieli, że są głodni. Jedli wczoraj po wyjeździe z miasta Łodzi. Kazali przynieść ziemniaków, zabijali kury. Mama moja obierała ziemniaki, ja skubałam kury. Gotowali kucharze wojskowi. Nam, ani nikomu innemu nie było wolno dochodzić do kuchni. Ja nosiłam drwa do ognia, dokładali sami. Tak długo jak stali, jedliśmy tylko to, co nam podał kucharz, razem z wojskiem. Nie było wolno wychodzić z domu samemu. Wojsko spało w mieszkaniu, a nas, całą rodzinę, wartownicy zaprowadzili na noc do obory.  Nie spaliśmy ze strachu i nie rozmawialiśmy ze sobą. Kiedy już minęła noc i nadszedł dzień patrzeliśmy na twarze żołnierzy odważnych, cieszących się i śmiałych, przemarzniętych do szpiku. Mimo wszystko, zwyciężyła w nas chwila wyzwolenia, cieszyliśmy się razem z nimi. Jedni grali, mieli harmonijki. Inni śpiewali, jeszcze inni płakali. I tak zapomnieliśmy, co może być dalej.

    Po kilku dniach ukazał się tłum ludzi uzbrojonych, nadchodzących od strony lasu. Szli za frontem. Szli z bronią na ramionach. Była to piechota. Szli mężczyźni i kobiety w różnym wieku. Kobiety na głowach miały czapki, takie same jak mężczyźni. Na sobie miały kufajki. Górne okrycie jako takie. Jedne nosiły spodnie, inne spódnice. Niektórym ciało było widać. Jeden but cały, a drugi  inny, rozdarty. Niektóre miały naciągnięty na odmrożoną nogę rękaw od kufajki. Aż żal było patrzeć. Zmarznięci, głodni, obdarci, szli jak mogli najszybciej. Mówili, że idą wypędzić wroga z Poznania, bo tam się mocno broni. Szli też słabi, zmęczeni i chorzy. Tylko im było wolno odpocząć. Oni zostawali na noce. Szli tak trzy, czy cztery dni  i  noce  bez  przerwy. Godni pożałowania. Później coraz mniej.  Szedł też żołnierz, który zgłosił się na ochotnika. Wyjął  medalik, trzymał go w ręce i mówił, że jego pradziad pochodził z Polski, dlatego on  idzie. Pradziad mieszkał w Kleczewie koło Konina, a on chciał zobaczyć jego rodzinne strony. Jego dziadzio mu opowiadał, że jak był dzieckiem, to pradziad służył w rosyjskim wojsku dwanaście lat i nie wrócił do Polski. Ożenił się z Rosjanką  i dostał  tyle ziemi, ile oczy mogły zobaczyć  i cztery woły .

   Były  to chwile  smutku  i  radości,  których  się  nie  zapomina.”

…..

Wspomnienia  mieszkanki  Orliny  Dużej  Otylii  Sandek

[ napisane  ołówkiem w  1947r. , w „języku ojczystym” ze starych czasów  (język  olędrów,  gwara ),          w taki sposób,w  jaki  nauczyła się  w miejscowej  szkole  i  w  domu  ]

   ,, [Styczeń  1945 r.] W niedzielę [21.I.] wróciła pani Grande. Byliśmy u niej. W domu nie mogliśmy zasnąć.  Wtedy ktoś zapukał do okna.  To byli [sowieccy] partyzanci. Brali wszystko: również szary garnitur męża i kozaki. Męża przeszukali, ale nic mu  nie zrobili.  U  Schwirka drugi raz wybili okno. U Rittamerów  wzięli też, co chcieli. Przyjechali od  Biskupic dwoma wozami. W Orlinie byli  u każdego. U Kriegera Johana zgubili czapkę .

   We wtorek przyszli Kłodziński i parobek od  Polzina. Chcieli wiedzieć, czy  Sandek  (sołtys wsi) jest w domu. Zbliżają się Rosjanie i on powinien uciekać. Retzlafa  i  Schwirka  już zastrzelili. Mój mąż zaraz wyszedł. Potem przyjechał Zelner. Okazało się, że to nie była prawda. Rosjanie chcieli tylko broń. Karabin był na miejscu. Ja poszłam zaraz do mojego męża i powiedziałam mu, że nikt nie został rozstrzelany.

   W środę przyszli Rosjanie. Najpierw jechały czołgi i samochody od strony Czarnego Brodu. Zabierali wszystkie konie i wozy. Ja byłam tylko sama w domu. Mąż był w lesie koło Michalinowa. Mąż nic nie widział. On był dobrym Polakiem. To trwało kilka dni. 

    Później było trochę lepiej. Do męża przyszedł Władysław Szulc – [nowy] sołtys. Pomógł mu. Wieczorem przyjechała  milicja  ze Rzgowa.  Mojego męża nie było.  Zapytali: „Gdzie on jest? ”  Odpowiedziałam: „Poszedł do Szulca.”  Szulc  powiedział: „ Nie było go u mnie.”, choć on wcześniej wyszedł z domu. Po tym poszli dalej.  Bardzo wcześnie rano poszłam po niego i  przyprowadziłam do domu. Rano znowu  przyjechali ze Rzgowa. Tak się bałam, że cała  się trzęsłam. Jeden powiedział do mnie, że mam się nie bać, bo mąż wróci wieczorem do domu. Tak też było. Ale Schwirk ,  Retzlaf Daniel i  Schacht wrócili dopiero następnego wieczoru. Co 2 dni musieli się meldować. Ale mój mąż nie musiał. To trwało do 10.02.1945r.

    11.02.1945r. mężczyźni musieli się stawić w Rzgowie i zabrać ze sobą ubranie i  jedzenie na dwa tygodnie. Byli to: Sandek, Kochanke Leon, Zobel Heinrich, Martin Otto, Retzlaf A., Retzlaf D., Schacht Julius, Zelner Heinrich, Steinke Ewald, Werner. Wrócili do nas  jako wypędzeni. Musieli iść. 

    20.02.1945r. musieliśmy się wynosić. Wszyscy Niemcy. Wtedy przyjechała milicja z wozami. Wszyscy udali się do Biskupic, do pałacu. Tam było po 70 osób w  jednym pomieszczeniu. Mężczyźni zostali  znowu zabrani:  Hanelt E., Hauf Heinrich, Reiser J., Martin Erich, Grewe Siegfried, Grewe August.  Siegfried Grewe wrócił potem z Kalisza.  Erich Martin wrócił dopiero w listopadzie. A  z pozostałych wrócił z  Kalisza Otto Martin. Miał chorą stopę.  W listopadzie wrócili  jeszcze Leon  Kochanke, Siegfried Albert i Karl Albert. W marcu wrócił jeszcze Emil.

    Zginęli/zmarli: Retzlaf D., Schwirk D., Zelner H., Zobel Ewald, Retzlaf H.  Retzlaf A. też podobno zginął,  ale nie wiem, czy to prawda. Schwirk Leon podobno mieszka w Niemczech ze swoją żoną.

   Mój mąż został w Koninie. Jeden człowiek powiedział mi, że 2 tygodnie przed Wielkanocą miał jechać z Konina do Łodzi. On miał go widzieć. Ktoś inny mówił mi, że mój mąż został rozstrzelany w Koninie. Pan Bóg wie, ale ja myślę, że w Łodzi, bo tam  go  ktoś widział.  Otto  Range wrócił z Wermachtu.

   A teraz o rodzinie Schnorr: Ona była chora i mieszkała u rodziny Grande. To było przez Rosjan!           Oni zawsze zabierali  ją wozem do oficera. Zostawała tam 1-2 dni , a potem on przywoził ją  i znowu zabierał. To właśnie tej ostatniej nocy, kiedy musieliśmy się wynosić, był u niej jakiś okropny Rusek i ona musiała z nim spać.  Później miała iść  do Rosji,  ale  powiedzieli jej, że musi wracać i nie ma mówić, że jest nauczycielką.  Jej rzeczy miała służąca  od  Rittamerów.  Ja ją  ( panienkę Schnorr ) wzięłabym ze sobą, bo myślałam: wróci jeszcze.  Od pani Grande dowiedziałam się jednak, że ona już odeszła. Powiedziała, że się zapije. Nic o niej nie wiem więcej.

    I jeszcze: Jak byliśmy w Biskupicach, nocą przychodzili zawsze Polacy, którzy kradli nasze rzeczy, kolczyki, zegarki. Mówiło się, że to są Rosjanie. Przyszedł komendant i też nie wolno było skarżyć się. Tam byliśmy do 1.03.1945r. Wtedy przyszli Polacy i zabrali nas do pracy. Ja dostałam pracę u krawca Wysockiego. Byłam zadowolona. Martha Reiser poszła na gospodarstwo Rittamera. Ta miała tam źle. Ja miałam też iść na swoje, ale mi nie pozwolili, i  też nie chciałam.  Miałabym tam źle, bo  byłam zupełnie sama.

   W sierpniu dostałam od Gustawa list. Ucieszyłam się, że kogoś mam - w sensie, że ktoś żyje. 28.09.1945r.wrócił. Prawie boso, prawie bez ubrania, ale coś jeszcze dla niego znalazłam. U teścia Mroza został jeszcze przez rok i miesiąc.  O Richardzie nic nie wiedział.

   Potem zostałam wzięta do wyrywania buraków na majątku w Dembe koło Kalisza. Pracowałam tam 5 tygodni. Na Boże Narodzenie wróciłam.

    10.01.1947r. wyjechałam i byłam do 1.05.1947r. obozie w Szczecinie. 4.05.1947r. przyjechałam do Pirna, Tam  byłam  do 19 maja 1947r.  Potem byliśmy rozesłani dalej.”

                                                                         [  Tłumaczenie z  języka niemieckiego - Katarzyna  Kowalska

                                                                            Wybór  z  tekstu – Piotr  Czajczyński  ,  Białobłoty -  2013r.  ]

15.07.2026

SOWIECKA PARTYZANTKA W REJONIE BIAŁOBŁOT

 

Działalność  partyzantki  sowieckiej  w rejonie  Białobłot – Grodźca – Zagórowa

 

  Działalność 4  sowieckich  grup  wywiadowczych,  operujących  we  wschodniej Wielkopolsce w  okresie od  sierpnia 1944r. do stycznia 1945r. można w znacznym  stopniu  przeanalizować  dzięki  opracowaniom  i  źródłom  z  czasów PRL-u: zeznaniom  osób  współpracujących,  wspomnieniom  Zenona Zawala,  opracowaniu  Romana Rybaka  pt. ,,Działalność radziecko-polskich grup spadochronowo-wywiadowczych w latach 1944/45 na  terenach zachodnich byłego  powiatu konińskiego'' oraz  książce Zenona  Szymankiewicza ,,Spadochrony  nad  okupowaną  Wielkopolską” . Czy obraz  tamtych  burzliwych  czasów, powstały  na  podstawie  tych  materiałów,  jest  prawdziwy ? - trudno jednoznacznie  zweryfikować.  Większą wiedzę  dałyby  dopiero  dokumenty  znajdujące  się  w Rosji i do dziś utajnione.  Pewnym  uzupełnieniem  wiedzy  o  sowieckich  grupach  wywiadowczych    natomiast  powstałe  po 1989r. opracowania: ,,NKWD i GRU na  ziemiach  polskich w  latach 1939-1945” oraz ,, Pretorianie - Polski Samodzielny Batalion Specjalny”.

Białobłoty - partyzancka wieś.  W okresie od  sierpnia/września 1944r. do stycznia 1945r. w Białobłotach  oraz  w okolicznych  lasach  i  miejscowościach  ukrywały się  i  działały  sowieckie  grupy wywiadowcze,  których  dowódcami  byli:  mjr Wiktor Skarżyński,  mjr Mikołaj Kozubowski, ppor Sergiusz Iljaszewicz, Owidij Gorczakow. Zakonspirowanym  punktem  kontaktowym  dla  wszystkich  grup  było  jedno  z  gospodarstw w Białobłotach - Krzyżówce. Tutaj  odbywali  swoje  spotkania,  posiadali  kryjówkę, w której  przechowywali  broń, amunicję, lekarstwa, radiostacje. Partyzanci  mieli  też  swoje  kryjówki  w  lasach, np. w rejonie Sahar. Część wtajemniczonych  mieszkańców pomagała  zwiadowcom  w  ukrywaniu się, dostarczał żywność, przekazywała informacje o Niemcach, o żandarmerii. Polacy współpracujący z  partyzantami, ryzykowali życie własne i swoich  rodzin. Groziło  im  to ze strony Niemców, lecz nie  tylko.  Jeden  ze współpracujących z sowietami, tak wspominał  nawiązanie kontaktu  z partyzantami: ,,…przybyły do mej zagrody w Białobłotach 4 osoby ubrane w mundury polskiego wojska. Była godzina 10,  gdy położyliśmy się spać. W pewnym momencie zapukano do drzwi, które otworzyłem. Żołnierze zapytali ,kto tu mieszka, a po odpowiedzi, że Polacy, obeszli  mieszkanie, sprawdzali  ilu ludzi się znajduje. Poprosili o jedzenie, które podaliśmy. Żołnierze  najedli się, mając  gotową  broń na  stole.  Zapowiedzieli, że przybędą  następnego  dnia  o 21. Przybył  tylko jeden żołnierz, który stwierdził, że nie  zdradziliśmy. Następnie  przybyło 6  żołnierzy, opowiedzieli, że  są z lasu partyzantami. Zapowiedzieli, że w razie  zdrady nas  sprzątną.” Każda z  działających w okolicach  Białobłot sowieckich grup wywiadowczych,  liczyła  od  kilku do  kilkunastu  partyzantów. Byli  to głównie Rosjanie oraz częściowo osoby znające język polski, np. byli żołnierze Wehrmachtu, którzy dostali się do niewoli i dla  ratowania życia przeszli na stronę sowiecką. Na wyposażeniu grup były: radiostacje, pistolety automatyczne, broń krótka, granaty, noże, mapy, środki opatrunkowe, środki pieniężne, (marki niemieckie, złote polskie, dolary), mundury sowieckie, polskie i niemieckie. Członkowie grup używali pseudonimów, oprócz  dowódcy  nie posiadali dokumentów. Uzyskiwane  informacje, przekazywali  za  pomocą  radiostacji ,,Siewier”,  do  sowieckiej ,,centrali”.  Najważniejszą osobą wśród  partyzantów  był  Owidij  Gorczakow - sowiecki  superagent czasów  wojny  i  powojnia. Na kanwie m.in. jego losów, został nakręcony słynny  wojenny  film szpiegowski  ,,Siedemnaście mgnień wiosny”.

 Sowieckie grupy  spadochronowe   pod  dowództwem  mjr Skarżyńskiego,  mjr Kozubowskego,   ppor Iljaszewicza, Owidija Gorczakowa   docierały do zachodniej części byłego powiatu  konińskiego od sierpnia 1944 r. / W czasie, kiedy  Sowieci bezczynnie  stali  swymi  wojskami   pod  walczącą  Warszawą, a  nawet  blokowali  pomoc dla  powstańców /. W krótkim czasie grupy te  rozwinęły na dużą skalę działalność wywiadowczą na terenie powiatów konińskiego, jarocińskiego, wrzesińskiego i kaliskiego. Zrzut grup wykonywały przeważnie samoloty typu  Li-2. Na pokład tego samolotu można było umieścić 16 skoczków wraz z wyposażeniem. Samoloty startowały z lotniska w Kobryniu i Brześciu nad Bugiem. Ośrodek łączności radiowej z grupami wywiadowczymi  znajdował się w Brześciu n. Bugiem. Stacja nadawczo-odbiorcza dalekiego  zasięgu typu ”Siewier” pozwalał na utrzymanie kontaktu ,,centrali”  z  poszczególnymi grupami. Za pośrednictwem radiostacji otrzymywano rozkazy i wskazówki oraz w drugą stronę  przekazywano do ,,centrali”  zdobyte informacje  i  nazwiska osób zwerbowanych.  Podstawową  kadrę w grupach  spadochronowo – wywiadowczych  stanowili odpowiednio przygotowani  żołnierze sowieccy. Polacy  lub  osoby  polskojęzyczne  wchodzące  w skład  grup wywiadowczych, byli wcześniej przeszkoleni w Samodzielnym Batalionie Specjalnym,  który został sformowany na terenie  Związku  Sowieckiego w październiku 1943r. W rejonie działania, wywiadowcy ostrożnie nawiązywali  kontakt  z  miejscową  ludnością polską , wśród której poszukiwali kandydatów do współpracy.

Grupa ,,mjr Wiktora Skarżyńskiego”.  W nocy 25/26 sierpnia 1944r. na terenie  Kolonii Anielewo gm. Pyzdry desantowana  została 10-osobowa grupa wywiadowcza pod  dowództwem  sowieckiego oficera występującego pod  pseudonimem   ,,mjr Wiktor Skarżyński”. W grupie tej znajdował się jedyny Polak o nazwisku Stanisław  Stelmach  ps. ,,Gil”, pochodzący z Wołynia.  Nazajutrz  po zrzucie grupy ”Skarżyńskiego” mieszkaniec Kolonii Anielewo Zenon  Łukaszewicz  jadąc wozem konnym do leśniczówki Kamień, ujrzał  na  drzewie spadochron,   który postanowił zdjąć. W trakcie zdejmowania  spadochronu, został on dostrzeżony przez jednego z gospodarzy tej wsi, który fakt ten zgłosił sołtysowi Pankrosowi. Ażeby Uniknąć kłopotów, ojciec Zenona Łukaszewicza poczynił usilne starania, ażeby zapobiec zgłoszeniu tej sprawy przez sołtysa do żandarmerii. Po otrzymaniu odpowiedniego wynagrodzenia, zarówno sołtys, jak i rolnik, który dostrzegł Zenona Łukaszewicza na drzewie, nie zgłosili tego faktu żandarmerii w Pyzdrach. Krążący nad Prosną  i Wartą samolot sowiecki i spowodował  natychmiastową reakcję posterunków żandarmerii w Pyzdrach, Szymanowicach i w Zagórowie. Niemcy zmobilizowali znaczne siły policji oraz uzbrojonych kolonistów celem przeszukania rejonu Warta-Prosna i lasy Pyzdrskie .W trakcie tej akcji Niemcy natknęli się na doraźnie zorganizowaną kryjówkę skoczków w zaroślach  nad  rzeką Prosną. Wywiadowcy otworzyli ogień do zbliżających się Niemców zabijając  hitlerowca z Pyzdr  Disterhefta,  a następnie wykorzystując zamieszanie, zdołali zbiec w kierunku Anielewa, zabierając ze sobą tylko radiostację. Pozostały sprzęt dostał się w ręce Niemców. Wywiadowcy ,,Skarżyńskiego” dotarli do zabudowań Stanisława i Heleny Łukaszewiczów w Anielewie. Dowódca  grupy po wstępnej rozmowie poprosił o doraźne ukrycia grupy i zorganizowania wyżywienia. Rodzina Łukaszewiczów wyraziła zgodę na przechowanie skoczków w stodole. Tam też wywiadowcy wykopali kryjówkę z zamaskowanym wejściem przez krzewy i zarośla znajdujące się tuż przy stodole. W dachu stodoły umieścili antenę dla swej radiostacji.  Drugą kryjówkę zorganizowano w gospodarstwie Stanisława Szymańskiego w osadzie Grądzeń Las. Kontakty nawiązane przez wywiadowców ”Skarżyńskiego” z ludnością polską stopniowo się rozwijały, wzrastała liczba osób współpracujących z grupą. Współpracownikiem  grupy ,,Skarżyńskiego” został  też  Jan Grajek, będący w 1944 r.  listonoszem w Szymanowicach. Jako listonosz  mógł się swobodnie poruszać w terenie, znał okolicznych  Niemców, co pozwoliło mu na przekazywanie informacji wywiadowcom  ,, Skarżyńskiego”. Za pośrednictwem Jana Grajka do współpracy zostali wciągnięci Roman Grzelczak, Bronisław Roszak oraz  Bogdan Sroczyński.

W trakcie nawiązywania kontaktów z ludnością polską ,,Skarżyńskiemu” udało się odnaleźć ukrywającego  się  przed  Niemcami  w  rejonie  Smoleńca - Zenona  Zawala.  Do pierwszego spotkania z  Zawalem  doszło w mieszkaniu  Franciszka Wilczyńskiego we wsi  Wrąbczykowskie Holendry. Wkrótce Zawal stał się przewodnikiem grupy wywiadowców w zachodniej części ówczesnego powiatu konińskiego. Niebawem zwerbował do  współpracy  między innymi  Jana Iglewskiego, Franciszka Glapińskiego i innych. Do współpracy z oddziałem ,,Skarżyńskiego” został wciągnięty również ojciec Zenona Zawala – Stanisław,  mający swoje gospodarstwo w Smoleńcu.  W zabudowaniach tego gospodarstwa wykonano  kryjówkę dla wywiadowców. / Szerzej  o oddziale ,,mjr Wiktora Skarżyńskiego”  we  wspomnieniach  Zenona  Zawala/.

W  styczniu 1945r.  w  czasie  przechodzenia wojennego  frontu,  oddział  ,,Skarżyńskiego”  stacjonujący  w majątku  Ciemierów  został  okrążony przez  jednostkę  Armii Czerwonej. Doszło do strzelaniny,  gdyż – jak relacjonuje w  swym  opracowaniu  Roman Rybak –  miano  podejrzewać, że  w  majątku  ukrywają  się  własowcy. Po  otrzymaniu  informacji   ze  Sztabu I Frontu Białoruskiego, strzelaninę  przerwano. ,,Skarżyński” otrzymał  rozkaz  stawienia  się ze swą  grupą  na  punkt  zborny  w  Kutnie.

 Grupa  ,,mjr Mikołaja  Kozubowskiego” ( ,,Merkuriusza”). 16-osobowa grupa zwiadowcza pod dowództwem ,,mjr Mikołaja  Kozubowskiego” została desantowany na terenie Puszczy Noteckiej w miejscowości Obelżanki w  nocy 15/16 sierpnia 1944r. W rejonie  tym,  na  skutek  ciągłych obław,  doznała   znacznych  strat w ludziach  i  sprzęcie.  Na polecenie ,,centrali” ,,mjr Kozubowski”  z pozostałymi wywiadowcami  ruszył w kierunku Wielkopolski wschodniej. Prowadził swoich wywiadowców daleką i okrężną drogą poprzez  rejony Chodzieży, Żnina, Trzemeszna,  Powidza w kierunku Zagórowa. Po sforsowaniu Warty dotarł  przez lasy pyzdrskie  do Białobłot. Pierwszy kontakt  grupa ,,mjr Kozubowskiego”, licząca już tylko 6 osób, w dniu  8 listopada 1944 r.  nawiązała  z rodziną Jana Osmana,  mieszkającą na  skraju wsi Białobłoty, gdzie też okresowo znalazła schronienie. Wywiadowcy ,,Kozubowskiego” rozpytywali rodzinę Osmanów o sytuację  panującą  w  tych okolicach, o położenie ludności polskiej, o rozmieszczenie posterunków żandarmerii  itp. Następnie ,,Kozubowski” dotarł ze swoją grupą w rejon Lądka, Zaguźnicy i Ciświcy Nowej. W Lądku  ludzie ,,Kozubowskiego”  nawiązali  kontakt  z Zygmuntem Swiderskim, który był  kowalem  w tej wsi. Rodzina Swiderskich udzielała  pomocy wywiadowcom , m.in. pomagała w  urządzeniu ziemianki w lesie zaguźnickim.  Dom Swiderskich stał się miejscem częstej bytności  wywiadowców. Wywiadowcy udali się również do zabudowań  Marii  Kopaczewskiej w Zaguźnicy. Maria Kopaczewska  wraz ze swoją córką żywiła  i opierała całą grupę.  Wkrótce dwóch wywiadowców,, Kozubowskiego” – Konstanty Różko  i Michał Smal, nawiązali kontakt  z  rodziną Bolesława Haka zamieszkałego tuż przy lesie. Przychodzący  tam coraz częściej ludzie ,,Kozubowskiego” wciągnęli do współpracy  trzech synów i córkę Bolesława Haka. Żona Bolesława Haka z córką Sabiną zajmowały się żywieniem wywiadowców ,,Kozubowskiego”, a niebawem  również i wywiadowców oddziału dowodzonego przez Sergiusza Iljaszewicza.

Żandarmeria z Grodźca poszukując  spadochroniarzy sowieckich, w nocy z 23/24 grudnia 1944 roku otoczyła leśniczówkę w Ciświcy Nowej, w której mieszkał Stefan Dutkiewicz z żoną i małym dzieckiem. Tego wieczoru w domu Dutkiewiczów przebywało trzech skoczków. Żandarmi wezwali partyzantów do poddania się,  na co skoczkowie odpowiedzieli ogniem z pistoletów maszynowych. Wykorzystując popłoch i zamieszanie wśród żandarmerii, wywiadowcy zbiegli do pobliskiego lasu nie ponosząc żadnych strat. Żandarmi natychmiast zatrzymali  Dutkiewicza i jego żonę. Doprowadzeni na posterunek w Grodźcu zostali tam mocno pobici. Nazajutrz dostarczono Stefana Dudkiewicza do komendy Gestapo w  Koninie. W trakcie konwojowania przez miasto Konin, Stefan Dutkiewicz zaatakował konwojenta, a następnie zbiegł do mieszkania swojej krewnej Marii Sztejkowskiej,  zamieszkałej przy ulicy Stasica. Stąd  nocą w stroju kobiecym  udał sie do wsi Jaroszewice Grodzieckie, gdzie aż do wyzwolenia  ukrywał  się w domu  Walentego Szczepaniaka. Niemcy pozostawili żonę Dutkiewicza w Ciświcy Nowej,  prowadząc jednocześnie obserwacje w dzień  i w nocy, celem ponownego ujęcia Stefana Dutkiewicza. Akcja ta nie przyniosła oczekiwanego rezultatu.

 Grupa ,,ppor Sergiusza Iljaszewicza”  (ps. ,,Zygmunta Sokołowskiego”).  Oddział  ,,ppor Sergiusza Iljaszewicza”  w nocy  6/7 września1944r. został desantowany w rejonie Puszczy Noteckiej na skraju wsi Sokołowo. Grupa  spadochronowa liczyła  początkowo 11 osób, w  tym  9-ciu  z Samodzielnego Batalionu Specjalnego LWP, z czego 6-ciu,  to byli  żołnierze Wehrmachtu, którzy  przeszli na  stronę  sowiecką.  Na wskutek organizowanych obław przez wojsko i żandarmerię  niemiecką, oddział  poniósł straty w ludziach i sprzęcie, dlatego otrzymał polecenie z ,,centrali”, ażeby przeszedł  do wykonywania dalszych  zadań,  na teren  Wielkopolski wschodniej.  Miejscem  bazowania miały być lasy białobłockie i grodzieckie. W nocy z 21 na 22 października 1944r. oddział dotarł  do wsi Białobłoty, gdzie został przyjęty przez  rodzinę Józefa Hohenzy, a następnie przez rodzinę Jana Osmana .

Do pierwszego spotkania grup wywiadowczych,, Kozubowskiego”  i  ,,Iljaszewicza”  doszło w połowie listopada w domu Hohenzy.  Któregoś wieczoru ,,Iljaszewicz” ze swymi wywiadowcami  przyszedł do Hohenzy,  po odbiór narzędzi do budowy ziemianki. Podchodząc do zabudowań usłyszał rozmowę wielu osób o wyraźnie wschodnim akcencie. Z pistoletem maszynowym w ręku otworzył drzwi i zauważył siedzących przy stole ludzi umundurowanych, którzy zerwali się z miejsc i chwycili za broń. O mało nie doszło do strzelaniny. ,,Kozubowski” wyjaśnił ,,Iljaszewiczowi”, że jest to grupa partyzancka, której jest dowódcą. Po wstępnej rozmowie między obu dowódcami  ustalono termin następnego spotkania, w celu omówienia zasad współpracy.  Iljaszewicz  polecił nadać za Wisłę wiadomość o odnalezieniu w rejonie Białobłot ,,Kozubowskiego” wraz z pięcioma wywiadowcami. Wkrótce doszło do ścisłej współpracy obu grup. Dowódcy zdecydowali o budowie wspólnej ziemianki w oddziale leśnym zwanym ,,Sahara”.  Obie grupy zapewniały sobie punkty kontaktowe w zabudowaniach  Jana Osmana, Józefa Hohenzy, Jana Jaszczaka w Białobłotach,  Cecylii  Ogórkiewicz w Ciświcy Starej, Bolesława Haka w Zaguźnicy,  Franciszka Lewandowskiego  w Lądku  oraz  Stefana Dutkiewicza w Ciświcy Nowej.                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                              

 Grupa  Owidija Gorczakowa  ( ps. ,,Kulczycki" ).   Owidij  Gorczakow  na  teren  Wielkopolski wschodniej zrzucony został  jako  ostatni,  po tym  jak  teren został  już dobrze  rozpoznany przez   sowieckich spadochroniarzy. Jego grupa desantowana była w  rejonie Wierzchy-Orlina Duża. Oddalając się od  miejsca zrzutu,  grupa dotarła do Białobłot. Na skraju  tej wsi, w lesie znajdowały sie zabudowania Jana Osmana. Tam  grupa okresowo znalazła schronienie. Po pewnym czasie partyzanci opuścili  zabudowania Osmanów  i zakwaterowali  się w nowo zbudowanej ziemiance, na terenie lasów należących do leśnictwa Biała Królikowska, gdzie leśniczym był  Niemiec Meller. Meller wiedział, że na terenie jego lasów znajdują się spadochroniarze, ale faktu tego nie zgłosił żandarmerii w Grodźcu. Wywiadowcy zapobiegawczo  obserwowali  jednak Mellera. Sam  Gorczakow  natomiast,  nadal  pozostał w zagrodzie Jana Osmana, ukrywając się w specjalnie przygotowanej kryjówce w stajni. Zwerbowano do współpracy między innymi: rodzeństwo Józefę i Józefa Osmanów, Jana Jaszczaka, Józefa Hohezę  i  innych.  Wywiadowcy Gorczakowa  interesowali się umocnieniami  na Warcie, a szczególnie transportami wojskowymi przechodzącymi przez Jarocin, Kalisz, Konin.

  W nocy z 24 na 25 grudnia 1944 r. na polecenie ,,Kozubowskiego” i  Gorczakowa,  Józef Osman z pomocą Jana Jaszczaka  i  w  obstawie uzbrojonych wywiadowców,  przewiózł wozem konnym,  do kryjówki znajdującej  się w jego  zabudowaniach gospodarczych, pojemnik  z bronią, amunicją,  żywnością i lekami, który wcześniej  zrzucony  został w rejonie Wierzchy- Orlina Duża,  przez samolot sowiecki. Wykonanie tego zadania  było  niebezpieczne,  ponieważ teren ten był penetrowany przez miejscowych uzbrojonych  kolonistów  niemieckich oraz  żandarma Feniga. Pojemniki  te, początkowo  miały być zakopane w lesie, ale  nie  zrobiono tego, gdyż wykopane w śniegu doły,  łatwo  by było  odkryć.

Po strzelaninie  w  Ciświcy i  ucieczce Dutkiewicza, Niemcy zmogli poszukiwania  partyzantów  i dotarli do Białobłot, dokonując w dniu 27 grudnia 1944r.  rewizji w zabudowaniach  rodziny Osmanów. Podczas  przesłuchiwania, żandarmi dotkliwie pobili domowników, najmocniej  Helenę Osmanową  oraz  jej córkę Józefę.  W późnych godzinach nocnych ukrywający się tam  Gorczakow, wyszedł z kryjówki i udzielił  pomocy brutalnie pobitym członkom rodziny Osmanów. Wyjaśnił poszkodowanym, że nie mógł stanąć w ich obronie, ponieważ mogłoby dojść do strzelaniny, której skutki byłyby fatalne. Żandarmeria nie znalazła ukrywających  się skoczków. 

 Przejście wojennego  frontu.  Podczas ofensywy  Armii Czerwonej w styczniu 1945r,. na polecenie „centrali”  grupy wywiadowcze podjęły walkę  z cofającymi  się  rozbitkami  armii  niemieckiej. Wywiadowcy oraz ich współpracownicy prowadzili obserwację  ruchu wojsk niemieckich. W wyniku tych obserwacji  ustalono, że we wsi Lądek  zakwaterowała się  grupa żołnierzy niemieckich. ,,Kozubowski”  i ,,Iljaszewicz” wydali  rozkaz   zaatakowania  Niemców,  których  było  około 15 osób. W akcji  tej obok wywiadowców udział  brali również ich  współpracownicy: Bogumił Simon, Franciszek Lewandowski oraz trzech braci Haków ( Mieczysław, Witold, Stanisław ). 23(?) stycznia 1945r.  po otoczeniu  zabudowań,  w których  przebywali  Niemcy, doszło do  strzelaniny, w  której - wg oficjalnej  wersji- zginął od  niemieckiej kuli  Bogumił Simon. Niemcy zorientowawszy się, że  nie  mają  szans, poddali  się do niewoli i zostali rozbrojeni .  / Po 1989r.  pojawiły się również  inne wersje śmierci Bogumiła  Simona.  Natomiast  25.08.2011r. członkowie  Stowarzyszenia ,,Pomost” w  lesie  między  Lądkiem  a  Zaguźnicą  ekshumowali szczątki  12 żołnierzy niemieckich, z których 4 zostało zidentyfikowanych. Wg  zdobytej przez  nich  relacji, miało tam  dojść do egzekucji, której świadkiem  był  młody chłopak,  mieszkający naprzeciwko lasu. Po powrocie do domu,  był  blady  jak ściana  i z nikim nie chciał rozmawiać. /

    Zdzisław Kulawinek  na  podstawie  źródeł własnych, w swojej  książce pt.  ,,Tam, gdzie konwalie”, odnośnie  zabitych  w Lądku  i  działalności  sowieckiej partyzantki,  wyraził   następującą opinię :  ,, Byli to młodzi ludzie, których jednostki zostały rozbite. Szukali schronienia. Znaleźli je na krótko, bo już 21 i 22 stycznia ( ? ) zostali zabici. Na tych terenach dość prężnie działały oddziały partyzantów. Ich założycielami byli spadochroniarze zrzuceni pod koniec 1944 roku w okolicach Lądku. Pozyskiwali do swoich grup chętnych mężczyzn z pobliskich wiosek, zaopatrywali ich w broń i amunicję. Nadawano oddziałom nazwy od rosyjsko brzmiących imion. Ich działanie  mało miało wspólnego ze zwiadem. Szukali pojedynczych żołnierzy niemieckich lub ich małe grupy i najczęściej zabijano ich. Ci sami partyzanci nie gardzili ograbianiem pozostawionych lub zamieszkanych jeszcze gospodarstw niemieckich. Ale zdarzało się, że i polskich."

  Bogumił Simon został pochowany  z honorami wojskowymi na cmentarzu w Królikowie. W pogrzebie wzięli udział współtowarzysze  walki, okoliczna ludność oraz matka Bogumiła –Zofia Simon.  Zofia Simon, która  po wojnie została  sędzią  Sądu Wojewódzkiego we Wrocławiu, życzyła sobie, żeby po jej śmierci pochować    obok  jedynego syna.

   W pierwszych dniach  lutego 1945r. grupy wywiadowcze „Skarżyńskiego”, ,,Kozubowskiego”, ,,Iljaszewicza”,  Gorczakowa  zostały odkomenderowane  na punkt  zborny w Kutnie, gdzie oczekiwał ich przedstawiciel  Sztabu  I Frontu Białoruskiego - płk. Biełow.

 

 

                                                         Piotr  Czajczyński,   Białobłoty -  lipiec 2026