10.05.2026

KU przypomnieniu - Petycja do Księdza Arcybiskupa Gnieźnieńskiego sprzed 18 lat ...

 

          Petycja  do  Księdza  Arcybiskupa Gnieźnieńskiego

                                      Henryka  Muszyńskiego

 

      Władze  kościelne podczas  wizytacji  Parafii  Królików  w  dn.  04. 06. 2008 r. 

wysunęły  pod  dyskusję  propozycję  utworzenia  nowej  Parafii  w  Świerczynie  i

odłączenia  od  Parafii  Królików  miejscowości  Białobłoty, Dziewiń Duży, Orlina Duża, Orlina Mała , Krzyżówka .

   Przedstawiciele  wsi  w  Radzie  Parafialnej obecni na spotkaniu  wyrazili

obawy i  negatywną  opinię  odnośnie odłączenia  w/w  miejscowości  .

 

   Kilka dni  później  sołtysi i członkowie Rad Sołeckich  5  miejscowości  przeprowadzili

  ,, referendum jawne” wśród mieszkańców . Wszyscy biorący udział w referendum opowiedzieli się przeciw  odłączaniu swych miejscowości od  Parafii  Królików .

 

   Do  Kurii Archidiecezjalnej w Gnieźnie  wysłano  pismo następującej treści :

 

 

Rady  Sołeckie miejscowości                               Parafia  Królików  15.06.2008 r.

Białobłoty , Dziewiń Duży ,

Orlina Duża , Orlina  Mała ,

          Krzyżówka

      63-308 Gizałki   

 

 

                                                                                    Jego  Ekscelencja

                                                                  Ksiądz  Arcybiskup  Henryk  Muszyński

                                                                               Metropolita  Gnieźnieński


 

      Rady  Sołeckie miejscowości  Białobłoty , Dziewiń Duży ,Orlina Duża , Orlina  Mała , Krzyżówka  informują , że  w  związku  z  propozycją  , która  została  przedstawiona  na  spotkaniu  z  Księdzem  Arcybiskupem  w  Królikowie  w  dn. 04.06.2008 r.  przeprowadziły

,,ankietę - referendum” w  sprawie  odłączenia  od  Parafii Królików  w/w wsi .

 

    W  ,,ankiecie – referendum” udział  wzięło  381   parafian  ,    za  odłączeniem  wypowiedziało się   0   osób   ,   przeciw  odłączeniu  381  osób .  Jak  wynika  więc  z 

powyższego , opinia  społeczności  lokalnej  jest  jednoznaczna .

 

   Rady  Sołeckie  proszą  Księdza  Arcybiskupa  o  uwzględnienie opinii  mieszkańców

w  przypadku  podejmowania  określonych  decyzji  a  także o  rozważenie  następujących  argumentów :

 

   -  odłączenie  w/w miejscowości  od  Parafii  Królików  spowodowałoby jeszcze  większe  oddalenie  parafian  od  ośrodka  kościelnego  i  w  związku  z  tym  dalsze  negatywne  konsekwencje  wynikające  z  tego  stanu  rzeczy   ,

 

   -  w/w  miejscowości  od  chwili  swego  powstania  , czyli  od  ponad  200  lat   związane    z  Parafią  Królików , istnieje  tradycja  przynależności do parafii  ,,z dziada  pradziada”,

kolejne  pokolenia  parafian  spoczywają  na  cmentarzu  w  Królikowie ,

 

   - w  ostatnich  latach  mieszkańcy  w/w  miejscowości uczestniczyli poprzez  finansowanie i pracę  w  odnowieniu świątyni  w  Królikowie  i  traktują    świątynię  jako ,,swoją” ,

 

   - tworzenie  nowej  parafii  spowoduje  poważne  obciążenia  finansowe , co  dla  tutejszej  niezamożnej  społeczności  może  być  trudne  do  udźwignięcia , lepszym  rozwiązaniem byłoby  utworzenie  ,,filii”  parafii  - dla  Parafii  Szymanowice  w  Świerczynie  a  dla  Parafii  Królików  w  Orlinie  lub Białobłotach (jak  sugerował  kiedyś biskup Roman Andrzejewski),

 

   - wielu  parafian  do  planów  odłączenia  w/w  miejscowości  od  Parafii Królików  odnosi się  bardzo  emocjonalnie  ,  powoduje  to  rozżalenie  w  stosunku  do  instytucji  kościelnych  i  niebezpieczeństwo  negatywnych  konsekwencji  z  tym  związanych .

 

      W  trosce  o  chrześcijańskie  zrozumienie  i  jedność  prosimy  o  rozważenie przedstawionych  opinii  i  argumentów .

 

                                                                     Za  Rady  Sołeckie  sołtysi  miejscowości :

   Białobłoty           Dziewiń  Duży         Orlina  Duża/ Orlina  Mała             Krzyżówka

 

 

P.S.  Z  informacji uzyskanej z Kurii Arcydiecezjalnej  w Gnieźnie  przez  sołtysa  Białobłot – Dariusza  Kostanowicza  wynika  , że  pomysł  zmian  granic parafii  został  obecnie  ,,odłożony” .

,,HITLER KAPUTT” I MARSZ ,,WYZWOLICIELI ”

 

,,HITLER  KAPUTT”   I   MARSZ  ,,WYZWOLICIELI ”

we wspomnieniach Bogdana Bladowskiego

 

   Kaliszanin Bogdan  Bladowski  w okresie II wojny światowej ukrywał się przed wysiedleniem w okolicach Tuliszkowa. Ten późniejszy sędzia Sądu  Najwyższego, tak  wspominał  wkroczenie Sowietów  do  Wielkopolski Wschodniej  w styczniu 1945 r.    

                                   

  ,, W miasteczku położonym na uboczu głównych szlaków komunikacyjnych, zwiastunami zbliżającej się klęski wroga były ciągnące dniem i nocą kolumny wozów konnych z uciekającą ludnością niemiecką. Czasami przejechał tędy, nie zatrzymując się, samochód wojskowy. Obserwowaliśmy niebo, na którym coraz częściej pojawiały się samoloty z czerwoną gwiazdą na skrzydłach. Tej mroźnej nocy z 20 na 21 stycznia nie spaliśmy, nasłuchując kanonady artyleryjskiej i bombardowań lotniczych. Rankiem wyszedłem z domu kierując się w stronę Rynku. Było tam sporo mieszkańców, stojących jednak w bezpiecznej odległości od posterunku żandarmerii. Znajomy, weteran dwóch wojen światowych, powiedział do mnie nie zniżając bynajmniej głosu: „żandary uciekają, koniec okupacji!” Na dwie bryczki ładowali broń i bagaże. Dołączyłem do gromadki chłopaków, którzy podeszli bliżej.  Miałem swoje porachunki ze szczególnie brutalnym żandarmem Hase (przed wojną „Zając”), który kiedyś, gdy nie zdjąłem przed nim czapki, co obowiązywało Polaków, ryknął:  „mutze ab!” i wymierzył mi taki cios w głowę, że ja drobny chłopczyna wywinąłem kozła, a przez kilka dni miałem szum w uchu. Poprzysiągłem mu zemstę, a teraz on wymykał się bezkarnie. Zdawało mi się, że nasze spojrzenia skrzyżowały się. W tej chwili wydarzyło się coś niespodziewanego. Nieobliczalny Kaziek krzyknął, dostatecznie głośno, aby żandarmi usłyszeli: „Hitler kaputt!” Zdrętwieliśmy w naszej gromadce, cofnęli się ludzie stojący dalej. Żandarmi mogli nas poczęstować na pożegnanie serią ze szmajsera. Skończyło się na tym, że komendant pogroził nam pięścią wołając: „nicht kaputt, nicht kaputt!”, po czym dał rozkaz odjazdu. A  Kaziek  stał się bohaterem tego dnia, opowiadano sobie o jego wyczynie w całym  miasteczku.

 

   Oddychaliśmy pierwszym powiewem wolności. Były jednak głosy, aby zachować ostrożność, Niemcy bowiem mogą powrócić, bądź cofać się będą oddziały Wermachtu. Rzeczywiście, około południa, maszerowało na obrzeżu miasteczka kilkunastu żołnierzy. Poszukiwali podwód konnych, lecz poprzestali na wyjaśnieniu, że wcześniej zostały zarekwirowane. Udali się pieszo szosą kaliską, gnani strachem. Nie uszli jednak daleko. Gdzieś na trzecim kilometrze skręcili z szosy do młyna wodnego „na Zuchale”. Nie mogli gorzej trafić – w zabudowaniach kwaterował oddział partyzancki, przemieszczający się w strefie przyfrontowej na południe. Zaskoczenie było obustronne, lecz partyzanci pierwsi otworzyli ogień, co przesądziło o wyniku starcia.

 

   O zmierzchu nadjechał od strony Konina zwiad radziecki, GAZ z sześcioma żołnierzami pod dowództwem lejtnanta. Zostali w Rynku radośnie powitani. Na pytanie:  „u was Germańcy ?” – starsi tuliszkowianie, znający język rosyjski z okresu zaboru, udzielili szczegółowych informacji. Po kwadransie zwiadowcy udali się w drogę powrotną, zapowiadając nadejście niebawem czołowych oddziałów armii. Nastała druga, nieprzespana noc. Rozmowy rodaków, przeplatane toastami:  za zwycięstwo!

 

   Następnego dnia od świtu przetaczała się zmotoryzowana kolumna. Odłączył od niej i został w miasteczku kilkuosobowy oddział porządkowy i regulacji ruchu. Wystąpiła też polska milicja  pod samozwańczą  komendą miejscowego watażki  K. , który najpierw zapowiedział  zabezpieczenie sklepów i magazynów  poniemieckich , jak  się  jednak  miało okazać,  oszabrował  je ze swoimi ludźmi.  Tylko też ten pierwszy dzień wolności rodzi przyjemne wspomnienia  -  euforia z gwałtownej zmiany rzeczywistości  okupacyjnej. Młodzież uformowała samorzutnie oddział, maszerujący ulicami: śpiewaliśmy „Polonię”.

 

   Później było już ponuro. Jeńcy niemieccy, maruderzy uciekający lasami i polnymi drogami, byli wyłapywani  przez  milicjantów i zabijani na miejscu. Długo prześladował mnie widok trupów, dużych plam, nawet kałuży  krwi na śniegu.  Po kilku dniach dawali się we znaki żołnierze – wyzwoliciele, słychać było o gwałtach na kobietach, rabunkach w mieszkaniach. Rozbito bramę do miejscowej gorzelni.  Żołnierze i mieszkańcy zapijali się do nieprzytomności, widziałem  ich  leżących  pospołu na  ziemi.”

   Również relacje świadków z rejonów bliższych Prośnie, pokazują podobny obraz pierwszych dni i tygodni po tzw. ,,wyzwoleniu”. Charakterystyczne, że świadkowie ci, nawet  50-60  lat od opisywanych wydarzeń,  zastrzegali sobie anonimowość,  gdyż  jak mówili  ,,nie chcieli się narażać”.

   Można powiedzieć, że w styczniu 1945 r. również w Wielkopolsce realizowały  się  słowa  wiersza  powstałego w okresie Powstania Warszawskiego, mówiące  o ,,zastąpieniu czarnej śmierci  przez czerwoną  zarazę”.

 

    Na podst. fragm. Wspomnień  Bogdana  Bladowskiego   pt. ,,Hitler kaputt !” w „Kaliszanie w Warszawie”, 32/2002

 

    P.S. ,,Jestem byłym tuliszkowianinem, obecnie mieszkam w Kaliszu. O niemieckim żandarmie Hase (Zając) trochę dowiedziałem się od moich śp. rodziców. Był to rolnik niemiecki mieszkający przed wojną w Polsce koło Tuliszkowa we wsi Gadów. Po wkroczeniu Niemców, został sołtysem a później funkcjonariuszem SS w Tuliszkowie. Brał udział w łapankach na Żydów i ich egzekucjach w okolicznych lasach. Jego żona do Polaków była dobra, ale on  był już gburem. Przed wkroczeniem Sowietów do Tuliszkowa, żonie w ostatniej chwili udało się wyjechać na zachód, ale w tej pospiesznej ucieczce zawieruszyła im się 10 letnia córka, która po wyzwoleniu błąkała się po Tuliszkowie i żebrała. Żona Hase osiadła w Hamburgu i po roku pisała rozpaczliwe listy do znajomych tuliszkowian, żeby się dowiedzieli co  stało z jej mężem. Nie otrzymywała odpowiedzi, bo bano sie pisać do niej. Nie wiedziała, że w Kaliszu już w 1945r. został zabity, tak jak sugerował Bogdan Bladowski, że dostanie czapę.”       Daniel.

STANISŁAWA MATELSKA - BIOGRAM

 

                                       STANISŁAWA  MATELSKA  -  BIOGRAM

 

 

    POCHODZENIE

    Stanisława  Matelska  urodziła  się  25  kwietnia  1927r. w Białobłotach, należących  wówczas do gminy  Grodziec  w  powiecie  konińskim  (obecnie  miejscowość w  gminie  Gizałki, powiat pleszewski). Jej  ojcem  był  Stanisław  Czajczyński, matką  Stanisława  Czajczyńska  z  domu  Kowalska. Pochodziła  z  rodziny  trudniącej  się  od  wielu  pokoleń  garncarstwem. Garncarzami  byli:  jej  ojciec  oraz   bracia  Mieczysław  i  Izydor.  Matka  trudniła  się  haftowaniem, przędzeniem  lnu, tkaniem  płócien, szyciem czepców.

 

   DZIECIŃSTWO  I  EDUKACJA

    W  dzieciństwie  pani Stanisława  pomagała  ojcu,  urabiając  glinę  do  robienia  garnków. Glina  musiała  być  tak  urobiona, jak  masło  do  smarowania  chleba.  Z  ojcem   budowała  też  piece  do  wypalania  garnków,  pomagała  w  wypalaniu.  

   W  jednym  z  artykułów  prasowych,  Stanisława  Matelska  wspominała  swego dziadka  Marcelego  Czajczyńskiego  oraz  swą   przygodę  z  kołem  garncarskim : ,, …w  domu  zawsze  był  warsztat,  przy  którym  dziadek , naciskając  na  pedał, toczył  rozmaite  naczynia.  Kiedyś, miałam  może  sześć lat, dziadek  posadził  mnie  na kółku,  przyklepał kulę gliny i kazał  kręcić. Okręciłam  się  i  byłam  cała  w  zasychającej  glinie. Wtedy mnie  zdjął, oskubał moje  ręce  i  pozostawił ze śmiechem  na  podłodze. Kiedy  podrosłam  nauczył  mnie  robić gliniane  gwizdawki.”

   W nieco późniejszym  czasie  zaczęła lepić  w  glinie  różnego  rodzaju zwierzątka, świątki,  figury. Robiła to,  gdyż  do  II wojny  światowej  okoliczni  niemieccy  pastorzy,  zamawiali  u  jej  ojca,  różnego  rodzaju  przedmioty  i  figurki  z  gliny,  by  je  później umieszczać  w  swych  kościołach.

   Pomagając  matce  naprawiać  koszyki , nauczyła  się  ,,szyć”  nowe  koszyczki  z  korzeni  sosny . Wraz  z  matką , jeszcze jako  dziecko, chodziła pieszo na targi  do oddalonego  o  około 30  kilometrów  Stawiszyna, by  sprzedawać tam  wyroby, które  produkowały.

  Przed  II  wojną  światową  w części  rodzinnego domu, u ojca Stanisława  Czajczyńskiego, mieściła  się  szkoła  powszechna, czteroklasowa, do  której  uczęszczały  polskie  dzieci z  Dziewinia  Dużego  i  Białobłot. Pani Stanisława, jak wspomina  w swych  zapiskach kronikarskich,  pragnęła się uczyć.  Często  siadała  wówczas na korytarzu, na podłodze, pod  drzwiami  szkolnymi i  nasłuchiwała  odbywających się  lekcji.  Szkoły, którą  miała  praktycznie  w  domu,  nie  ukończyła  jednak,  ponieważ ,  gdy  miała  iść  do  czwartej  klasy, wybuchła wojna.

  Pani  Stanisława pozostawiła  zapisane, bardzo  ciekawe  wspomnienia,  pokazujące  funkcjonowanie małej  wiejskiej  szkółki  w  okresie przedwojennym  i  w pierwszych  miesiącach  okupacji.  

 

   ŻONA,  GOSPODYNI,  MATKA

  Pani  Stanisława  w  lutym 1947  roku  wyszła  za  mąż  za  Adama  Matelskiego.  Wraz  z  mężem  pracowała odtąd  na  dużym,  jak  na  ówczesne  czasy,  bo mającym  ponad  15 ha  gospodarstwie, znajdującym się  w  Białobłotach – Krzyżówce.  Mąż jej  zmarł  w  lutym  1997 roku,  przeżyła  więc  z  nim wspólnie  równe  50  lat. 

   Stanisława  Matelska  dbała  o  wykształcenie  swoich  dzieci.  Najstarsza córka – Władysława  (ur. w 1948r.),  po  ukończeniu  studiów  na  Uniwersytecie im. A. Mickiewicza  w  Poznaniu, została   pracownikiem  naukowym .  Najmłodsza – Danuta  (ur. w 1957r.),  ,  ukończyła studia  ekonomiczne  na  uniwersytecie  berlińskim, pracowała i  pracuje nadal  na  stanowiskach  kierowniczych.  Syn – Mieczysław (ur. w 1951r.),   ukończył  technikum  rolnicze, objął  gospodarstwo  rolne  po  swym  ojcu,  które  obecnie przekazał  swemu  synowi  Romanowi.  

    Pani  Stanisława  swoje  pasje  próbowała  również  zaszczepić u  swych  dzieci . O nich, w  jednym  z  artykułów  wyrażała  się  z  dumą :  ,,Chociaż  tacy  wykształceni, przez  całe  lato  biegali  po  lesie, zbierali korzonki i  robili  koszyczki,  wszystko  umieją  zrobić.”

   TWÓRCZYNI  LUDOWA , KRONIKARKA

   Stanisława  Matelska  oprócz  wykonywania  swych  domowych, codziennych  obowiązków,  miała  wiele  pasji,  hobby :  lepienie z  gliny,  haftowanie,   plecionkarstwo, prowadzenie  kronik, spisywanie  lokalnych  historii , uczestniczenie  w  różnych  pokazach, festynach o zasięgu  regionalnym  i  ogólnopolskim.  Swoimi  pasjami  lubiła  dzielić  się  z  innymi, dużo  opowiadała,  chętnie  udzielała  się  na  rzecz  najbliższego  otoczenia.

  Glina  była   podstawowym  materiałem jej  artystycznej  pracy.  Wyrabiała z  niej  różne  postacie, zwierzęta, świątki, godła. Wyroby  swoje  malowała.

  Drugą   dziedziną  rękodzielnictwa  było  plecionkarstwo. Wyplatała  różnego  kształtu  koszyczki  z  korzeni  sosny.  Wykonywała  również  tzw.  pajączki,  robione  ze specjalnie  przygotowanych  słomek  i  bibuły.

  Jej  prace  były  pokazywane  na  bardzo  wielu  wystawach  sztuki  ludowej,  min. w Warszawie, Lublinie, Toruniu, Szreniawie, Kielcach, Radomiu, Poznaniu, Kaliszu, Sieradzu, Lesznie , Ostrzeszowie, Pleszewie, Węgorzewie, Liskowie.   Rękodzieła  pani  Stanisławy znajdują  się do  dziś,  w  zbiorach  wielu  muzeów  etnograficznych  w  Polsce.

  W  latach  80-tych  i  90-tych  XX w.  pani  Stanisława  była często  zapraszana  do  Szkoły  Podstawowej  w  Białobłotach  na  zajęcia  plastyki,  prowadzone przez  jej  bratanicę  Henrykę  Guźniczak.  Przekazywała  tam  dzieciom swoje  doświadczenie,  pasje  i  wrażliwość  na  piękno.  Wspominała w  swych  notatkach,   że  z  dziećmi  pracuje jej się  dobrze : ,,wyciągają rączki , żeby  podać  im  dużą  kule  gliny, chętnie  wyrabiają różne  postacie, są  szczere w  swej  pracy, mówią  prawdę”.

   Do  domu  pani  Matelskiej   organizowane  były  też  wycieczki   z  różnych  szkół.  Uczniowie  mogli zobaczyć  mieszkanie  wypełnione różnymi  pracami  twórczyni  ludowej,  wysłuchać  barwnych  i  ciekawych  opowiadań,  dotyczących  sposobu  wykonywania  i  historii  pokazywanych  prac.

  Pani  Stanisława  współpracowała  też  z  wieloma  instytucjami, min. w  Gizałkach  z  Gminnym  Centrum  Kultury, Warsztatami  Terapii Zajęciowej. Podczas różnych festynów  i  imprez  środowiskowych współorganizowała  wiele  wystaw.

   Dodatkową  pasją  Stanisławy  Matelskiej, było  prowadzenie  kronik  opisujących  wydarzenia  z  jej  życia  i  z  życia  najbliższych  okolic. Opisywała  w  nich  ważne  wydarzenia,  spotkania,  przybliżała  potomnym  zapamiętaną  i  zasłyszaną   historię  regionu.  Z  jej  zapisków  możemy dowiedzieć  się  np. jak  powstała  miejscowość Białobłoty, jak  wyglądało tu szkolnictwo przed  II wojną  światową,   przybliżyć sobie  okres  okupacji.

 

   OSTATNIE  LATA  ŻYCIA

   Stanisława  Matelska oddawała  się  swej  pasji, swej  twórczości  bardzo  intensywnie do późnego  wieku.  Wstawała  bardzo  wcześnie  rano i  lepiła, rzeźbiła, malowała, by sprostać  zamówieniom, które  miała. O  swej  pracy  mówiła  jednak : ,, Moja  praca  sprawia  mi  ogromną  przyjemność  i  to  jest  najważniejsze.”  Tak  było do czasu, do  kiedy  pozwalało  jej  na  to  zdrowie .  Przez  ostatnie  kilka  lat życia  dokuczała  jej  miażdżyca, przez  ostatnie  dwa  lata, była  pod  opieką  szpitalną.  Zmarła 5 maja 2005 roku  w  Pleszewie.  Pochowana  została  na  cmentarzu  parafialnym  w  Królikowie.

 

   ZNACZENIE  POSTACI

    Urodzony  również  w Białobłotach, wielkopolski  pisarz  i  poeta  Marian Cezary  Abramowicz, w 1989 roku,  tak  scharakteryzował   postać  Stanisławy  Matelskiej :                „… jest  jedynym  i  niepowtarzalnym zjawiskiem, kimś swojskim  i  zarazem niezwykłym.  Niczym  wrzos wyrosła cicho  i  zakwitła na  piaskach wśród  naszych lasów, by  tworami  swej  artystycznej  wyobraźni  i  rąk  zadziwiać  ludzi, także  tych  z  tzw.  dalekiego świata, którzy  potrafią  patrzeć  i  czuć . (…), a  mnie  kojarzy  się  dodatkowo z  najprzedniejszym  miodem z  rodzimej  pasieki, którym ona  wspiera  moje  chore  i  kuśtykające  serce.”

   Stanisława  Matelska, do  której  powszechnie, bez  względu  na spokrewnienie,  przylgnęło  określenie ,,ciotka Matelska”, była  osobą, która  przez  wiele  lat  swej  twórczości  ludowej  promowała  lokalną  tradycję, własny  region,  która  dobrze  przysłużyła  się  środowisku.

24.02.2026

3 WIERSZE O NASZYCH MIEJSCOWOŚCIACH

 

     3  WIERSZE  O  NASZYCH   MIEJSCOWOŚCIACH 


Białobłoty

Brzozy – dziewczęta pstrokate

chichoczące przy drogach

i na wrzosowiskach

tańcujące z wichrami,

 

sosny – mniszki brunatne –

wyniosłe pobożnisie

w jesienne wieczory

tańczące twista,

 

chaty – szare kocury

podejrzliwie łypiące

ślepiami naftowych lamp,

 

ziemia – kobieta o twarzy piaskowej,

brzuchu od porodów zwiotczałym

i dłoniach czarnych od pracy,

 

szczęście – bajka o żelaznym wilku  w snach dzieci

i okruch tęczy

w pijackich zwidach.

 

 

 

 

         Dziewiń

Tu pszczoły

nie przesypiają lata

i najpiękniej

śpiewają świerszcze.

 

Tu samotnie

nie odchodzą ludzie

i umarli kwitną

kaczeńcami

na łąkach pamięci.

 

Tu fałszem sonety

i świąteczne poranki.

 

Tu uśmiechy i słowa

pachną żywicą i sianem

i nic nie kosztują

jak w lipcu lipowy kwiat.

 

Tu obcym na drodze

mówią  „dzień dobry!”

furtek, domów i studni

nie zamykają na klucz

ludzie olchom podobni,

którzy ludźmi

nie wstydzą się być

jeszcze.


M.C. Abramowicz

 

       Biała  Królikowska


            Tu białe jest wszystko,

nawet błoto:

Białobłoty - poczta,

Przez którą świat przychodził

do poety,

a Biała Królikowska rodziła

mu duszę.

Dobroć rozpoznana przez dzieci

w błękicie uśmiechu

niewinnym jak

przeznaczenie.

W Czarnej Strudze, która

płynie tutaj na początku,

jest czysta woda,

skowronki ją piją

by mogły latać wysoko,

samotne i bezbronne jak niebo

nad pełnym morzem.


Paweł Kuszyński

Pamięci  M.C. Abramowicza

Być w słowie, Wyd. WERES

W "Okolicy Poetów", Poznań 1998