WKROCZENIE SOWIETÓW
DO BIAŁOBŁOT I ORLINY DUŻEJ W STYCZNIU 1945 R.
- wspomnienia mieszkanek
Wspomnienia mieszkanki Białobłot
Stanisławy Matelskiej zd.
Czajczyńskiej
[ ur. w 1927r., rok
zapisu 1984]
,, Działo się to we wsi
Białobłoty 20[21].I.1945r. Rankiem (a mróz był wtedy około 20 stopni przez cały dzień) nie było wiatru, cichutko, szronisto. Usłyszeliśmy
silny warkot, trzask i huk. Był to odgłos zbliżającego się ciężkiego sprzętu
wojskowego. Przerażeni hałasem ubraliśmy się ciepło, zjedliśmy śniadanie, myśląc
może ostatnie. Zapatrzeni na wschód, z lękiem na twarzach czekaliśmy. Z lasu
ukazały się czołgi. Była godzina mniej więcej dziewiąta rano. Czołgi szły
bardzo wolno i uważnie, tak prawie co 500 metrów, jeden za drugim. Pierwszy
czołg na Dziewiniu zjechał na prawą
stronę za rów. Ustawił działo wylotem na północ i tak stał, aż nie przeszły
wszystkie inne czołgi. Drugi czołg wjechał w nasze podwórze i ustawił działo w
kierunku południowym. Potem jechał trzeci i następne, jeden za drugim, nie
przeszkadzały sobie. Zjeżdżały na boki drogi, tak że środek drogi był wolny dla
nadjeżdżających. Ziemia się trzęsła. Ja ze strachu ukryłam się za drzewem przy
płocie. Wzięłam skorupkę ze zbitego garnka glinianego i zaczęłam pisać kreski
na sztachecie. Tak kreśliłam, aż do popołudnia. Kresek miałam ponad dwieście
trzydzieści. Tyle pamiętam szło samych czołgów. Później jechały szybciej i
różne. Wojskowe, ciężarowe kryte i z
paliwem, żywnością i kuchnie. Szły aż do późnej nocy.
Nagle wjechał samochód z wojskiem w nasze podwórze. Było ich dużo.
Wyskakiwali szybko, jak mogli najprędzej. Jedni biegli do mieszkania, inni do
studni. Pytali czy tu mieszkają Polacy. Przeszukali mieszkania, pownosili
skrzynie, ustawili na stole. Jeszcze inni rozkładali druty. Na stole w
mieszkaniu ustawili aparaty i rozmawiali
po rosyjsku. Była to kwatera główna. Byli żołnierze z odznaczeniami, zasłużeni,
starsi wiekiem. Rozstawieni na podwórzu, przy czołgu, w mieszkaniu i wszędzie.
Powiedzieli, że są głodni. Jedli wczoraj po wyjeździe z miasta Łodzi. Kazali
przynieść ziemniaków, zabijali kury. Mama moja obierała ziemniaki, ja skubałam
kury. Gotowali kucharze wojskowi. Nam, ani nikomu innemu nie było wolno dochodzić
do kuchni. Ja nosiłam drwa do ognia, dokładali sami. Tak długo jak stali,
jedliśmy tylko to, co nam podał kucharz, razem z wojskiem. Nie było wolno
wychodzić z domu samemu. Wojsko spało w mieszkaniu, a nas, całą rodzinę,
wartownicy zaprowadzili na noc do obory.
Nie spaliśmy ze strachu i nie rozmawialiśmy ze sobą. Kiedy już minęła
noc i nadszedł dzień patrzeliśmy na twarze żołnierzy odważnych, cieszących się
i śmiałych, przemarzniętych do szpiku. Mimo wszystko, zwyciężyła w nas chwila
wyzwolenia, cieszyliśmy się razem z nimi. Jedni grali, mieli harmonijki. Inni
śpiewali, jeszcze inni płakali. I tak zapomnieliśmy, co może być dalej.
Po kilku dniach ukazał się tłum ludzi
uzbrojonych, nadchodzących od strony lasu. Szli za frontem. Szli z bronią na
ramionach. Była to piechota. Szli mężczyźni i kobiety w różnym wieku. Kobiety
na głowach miały czapki, takie same jak mężczyźni. Na sobie miały kufajki.
Górne okrycie jako takie. Jedne nosiły spodnie, inne spódnice. Niektórym ciało
było widać. Jeden but cały, a drugi
inny, rozdarty. Niektóre miały naciągnięty na odmrożoną nogę rękaw od
kufajki. Aż żal było patrzeć. Zmarznięci, głodni, obdarci, szli jak mogli
najszybciej. Mówili, że idą wypędzić wroga z Poznania, bo tam się mocno broni.
Szli też słabi, zmęczeni i chorzy. Tylko im było wolno odpocząć. Oni zostawali
na noce. Szli tak trzy, czy cztery dni
i noce bez
przerwy. Godni pożałowania. Później coraz mniej. Szedł też żołnierz, który zgłosił się na
ochotnika. Wyjął medalik, trzymał go w
ręce i mówił, że jego pradziad pochodził z Polski, dlatego on idzie. Pradziad mieszkał w Kleczewie koło
Konina, a on chciał zobaczyć jego rodzinne strony. Jego dziadzio mu opowiadał,
że jak był dzieckiem, to pradziad służył w rosyjskim wojsku dwanaście lat i nie
wrócił do Polski. Ożenił się z Rosjanką
i dostał tyle ziemi, ile oczy
mogły zobaczyć i cztery woły .
Były to chwile
smutku i radości,
których się nie
zapomina.”
…..
Wspomnienia mieszkanki
Orliny Dużej Otylii
Sandek
[
napisane ołówkiem w 1947r. , w „języku ojczystym” ze starych czasów (język olędrów, gwara ), w taki sposób,w jaki nauczyła
się w miejscowej szkole i w domu ]
,, [Styczeń
1945 r.] W niedzielę [21.I.] wróciła pani Grande. Byliśmy u niej. W domu nie
mogliśmy zasnąć. Wtedy ktoś zapukał do okna. To byli [sowieccy] partyzanci. Brali
wszystko: również szary garnitur męża i kozaki. Męża przeszukali, ale nic
mu nie zrobili. U
Schwirka drugi raz wybili okno. U Rittamerów wzięli też, co chcieli. Przyjechali od Biskupic dwoma wozami. W Orlinie byli u każdego. U Kriegera Johana zgubili czapkę .
We
wtorek przyszli Kłodziński i parobek od
Polzina. Chcieli wiedzieć,
czy Sandek (sołtys wsi) jest w domu. Zbliżają się
Rosjanie i on powinien uciekać. Retzlafa i Schwirka
już zastrzelili. Mój mąż zaraz wyszedł. Potem przyjechał Zelner. Okazało
się, że to nie była prawda. Rosjanie chcieli tylko broń. Karabin był na
miejscu. Ja poszłam zaraz do mojego męża i powiedziałam mu, że nikt nie został
rozstrzelany.
W
środę przyszli Rosjanie. Najpierw jechały czołgi i samochody od strony Czarnego
Brodu. Zabierali wszystkie konie i wozy. Ja byłam tylko sama w domu. Mąż był w
lesie koło Michalinowa. Mąż nic nie widział. On był dobrym Polakiem. To trwało
kilka dni.
Później było trochę lepiej. Do męża
przyszedł Władysław Szulc – [nowy] sołtys. Pomógł mu. Wieczorem przyjechała milicja ze Rzgowa.
Mojego męża nie było. Zapytali:
„Gdzie on jest? ” Odpowiedziałam:
„Poszedł do Szulca.” Szulc powiedział: „ Nie było go u mnie.”, choć on
wcześniej wyszedł z domu. Po tym poszli dalej.
Bardzo wcześnie rano poszłam po niego i
przyprowadziłam do domu. Rano znowu
przyjechali ze Rzgowa. Tak się bałam, że cała się trzęsłam. Jeden powiedział do mnie, że
mam się nie bać, bo mąż wróci wieczorem do domu. Tak też było. Ale Schwirk
, Retzlaf Daniel i Schacht wrócili dopiero następnego wieczoru.
Co 2 dni musieli się meldować. Ale mój mąż nie musiał. To trwało do
10.02.1945r.
11.02.1945r. mężczyźni musieli się stawić w
Rzgowie i zabrać ze sobą ubranie i
jedzenie na dwa tygodnie. Byli
to: Sandek, Kochanke Leon, Zobel Heinrich, Martin Otto, Retzlaf A., Retzlaf D.,
Schacht Julius, Zelner Heinrich, Steinke Ewald, Werner. Wrócili
do nas jako wypędzeni. Musieli iść.
20.02.1945r. musieliśmy się wynosić.
Wszyscy Niemcy. Wtedy przyjechała milicja z wozami. Wszyscy udali się do
Biskupic, do pałacu. Tam było po 70 osób w
jednym pomieszczeniu. Mężczyźni
zostali znowu zabrani: Hanelt E., Hauf Heinrich, Reiser J., Martin
Erich, Grewe Siegfried, Grewe August. Siegfried
Grewe wrócił potem z Kalisza. Erich
Martin wrócił dopiero w listopadzie. A z
pozostałych wrócił z Kalisza Otto
Martin. Miał chorą stopę. W listopadzie
wrócili jeszcze Leon Kochanke, Siegfried Albert i Karl Albert. W
marcu wrócił jeszcze Emil.
Zginęli/zmarli: Retzlaf D., Schwirk D.,
Zelner H., Zobel Ewald, Retzlaf H.
Retzlaf A. też podobno zginął,
ale nie wiem, czy to prawda. Schwirk Leon podobno mieszka w Niemczech ze
swoją żoną.
Mój mąż został w Koninie. Jeden człowiek
powiedział mi, że 2 tygodnie przed Wielkanocą miał jechać z Konina do Łodzi. On
miał go widzieć. Ktoś inny mówił mi, że mój mąż został rozstrzelany w Koninie.
Pan Bóg wie, ale ja myślę, że w Łodzi, bo tam
go ktoś widział. Otto
Range wrócił z Wermachtu.
A teraz o rodzinie Schnorr: Ona była chora i
mieszkała u rodziny Grande. To było przez Rosjan! Oni zawsze zabierali ją wozem do oficera. Zostawała tam 1-2 dni ,
a potem on przywoził ją i znowu zabierał.
To właśnie tej ostatniej nocy, kiedy musieliśmy się wynosić, był u niej jakiś
okropny Rusek i ona musiała z nim spać.
Później miała iść do Rosji, ale
powiedzieli jej, że musi wracać i nie ma mówić, że jest nauczycielką. Jej rzeczy miała służąca od
Rittamerów. Ja ją ( panienkę Schnorr ) wzięłabym ze sobą, bo
myślałam: wróci jeszcze. Od pani Grande
dowiedziałam się jednak, że ona już odeszła. Powiedziała, że się zapije. Nic o
niej nie wiem więcej.
I jeszcze: Jak byliśmy w Biskupicach, nocą
przychodzili zawsze Polacy, którzy kradli nasze rzeczy, kolczyki, zegarki.
Mówiło się, że to są Rosjanie. Przyszedł komendant i też nie wolno było skarżyć
się. Tam byliśmy do 1.03.1945r. Wtedy przyszli Polacy i zabrali nas do pracy.
Ja dostałam pracę u krawca Wysockiego. Byłam zadowolona. Martha Reiser poszła
na gospodarstwo Rittamera. Ta miała tam źle. Ja miałam też iść na swoje, ale mi
nie pozwolili, i też nie chciałam. Miałabym tam źle, bo byłam zupełnie sama.
W sierpniu dostałam od Gustawa list.
Ucieszyłam się, że kogoś mam - w sensie, że ktoś żyje. 28.09.1945r.wrócił.
Prawie boso, prawie bez ubrania, ale coś jeszcze dla niego znalazłam. U teścia
Mroza został jeszcze przez rok i miesiąc.
O Richardzie nic nie wiedział.
Potem zostałam wzięta do wyrywania buraków
na majątku w Dembe koło Kalisza. Pracowałam tam 5 tygodni. Na Boże Narodzenie
wróciłam.
10.01.1947r.
wyjechałam i byłam do 1.05.1947r. obozie w Szczecinie. 4.05.1947r. przyjechałam
do Pirna, Tam byłam do 19 maja 1947r. Potem byliśmy rozesłani dalej.”
[ Tłumaczenie
z języka niemieckiego - Katarzyna Kowalska
Wybór z
tekstu – Piotr Czajczyński , Białobłoty
- 2013r. ]