,,HITLER KAPUTT”
I MARSZ ,,WYZWOLICIELI ”
we wspomnieniach Bogdana Bladowskiego
Kaliszanin Bogdan Bladowski
w okresie II wojny światowej ukrywał się przed wysiedleniem w okolicach
Tuliszkowa. Ten późniejszy sędzia Sądu
Najwyższego, tak wspominał wkroczenie Sowietów do
Wielkopolski Wschodniej w
styczniu 1945 r.
,,
W miasteczku położonym na uboczu głównych szlaków komunikacyjnych, zwiastunami
zbliżającej się klęski wroga były ciągnące dniem i nocą kolumny wozów konnych z
uciekającą ludnością niemiecką. Czasami przejechał tędy, nie zatrzymując się,
samochód wojskowy. Obserwowaliśmy niebo, na którym coraz częściej pojawiały się
samoloty z czerwoną gwiazdą na skrzydłach. Tej mroźnej nocy z
20 na 21 stycznia nie spaliśmy, nasłuchując kanonady artyleryjskiej i
bombardowań lotniczych. Rankiem wyszedłem z domu kierując się w stronę Rynku.
Było tam sporo mieszkańców, stojących jednak w bezpiecznej odległości od
posterunku żandarmerii. Znajomy, weteran dwóch wojen światowych, powiedział do
mnie nie zniżając bynajmniej głosu: „żandary uciekają, koniec okupacji!” Na
dwie bryczki ładowali broń i bagaże. Dołączyłem do gromadki chłopaków, którzy
podeszli bliżej. Miałem swoje porachunki ze szczególnie brutalnym
żandarmem Hase (przed wojną „Zając”), który kiedyś, gdy nie zdjąłem przed nim
czapki, co obowiązywało Polaków, ryknął: „mutze ab!” i wymierzył mi taki
cios w głowę, że ja drobny chłopczyna wywinąłem kozła, a przez kilka dni miałem
szum w uchu. Poprzysiągłem mu zemstę, a teraz on wymykał się bezkarnie. Zdawało
mi się, że nasze spojrzenia skrzyżowały się. W tej chwili wydarzyło się coś
niespodziewanego. Nieobliczalny Kaziek krzyknął, dostatecznie głośno, aby
żandarmi usłyszeli: „Hitler kaputt!” Zdrętwieliśmy w naszej gromadce, cofnęli
się ludzie stojący dalej. Żandarmi mogli nas poczęstować na pożegnanie serią ze
szmajsera. Skończyło się na tym, że komendant pogroził nam pięścią wołając:
„nicht kaputt, nicht kaputt!”, po czym dał rozkaz odjazdu. A Kaziek
stał się bohaterem tego dnia, opowiadano sobie o jego wyczynie w całym
miasteczku.
Oddychaliśmy pierwszym powiewem wolności. Były jednak głosy, aby zachować
ostrożność, Niemcy bowiem mogą powrócić, bądź cofać się będą oddziały
Wermachtu. Rzeczywiście, około południa, maszerowało na obrzeżu miasteczka
kilkunastu żołnierzy. Poszukiwali podwód konnych, lecz poprzestali na
wyjaśnieniu, że wcześniej zostały zarekwirowane. Udali się pieszo szosą
kaliską, gnani strachem. Nie uszli jednak daleko. Gdzieś na trzecim kilometrze
skręcili z szosy do młyna wodnego „na Zuchale”. Nie mogli gorzej trafić – w
zabudowaniach kwaterował oddział partyzancki, przemieszczający się w strefie przyfrontowej
na południe. Zaskoczenie było obustronne, lecz partyzanci pierwsi otworzyli
ogień, co przesądziło o wyniku starcia.
O zmierzchu nadjechał od strony Konina zwiad radziecki, GAZ z sześcioma
żołnierzami pod dowództwem lejtnanta. Zostali w Rynku radośnie powitani. Na
pytanie: „u was Germańcy ?” – starsi
tuliszkowianie, znający język rosyjski z okresu zaboru, udzielili szczegółowych
informacji. Po kwadransie zwiadowcy udali się w drogę powrotną, zapowiadając
nadejście niebawem czołowych oddziałów armii. Nastała druga, nieprzespana noc.
Rozmowy rodaków, przeplatane toastami:
za zwycięstwo!
Następnego dnia od świtu przetaczała się zmotoryzowana kolumna. Odłączył od
niej i został w miasteczku kilkuosobowy oddział porządkowy i regulacji ruchu.
Wystąpiła też polska milicja pod samozwańczą komendą miejscowego
watażki K. , który najpierw zapowiedział zabezpieczenie sklepów i
magazynów poniemieckich , jak się jednak miało okazać,
oszabrował je ze swoimi ludźmi. Tylko też ten pierwszy dzień
wolności rodzi przyjemne wspomnienia - euforia z gwałtownej zmiany
rzeczywistości okupacyjnej. Młodzież uformowała samorzutnie oddział,
maszerujący ulicami: śpiewaliśmy „Polonię”.
Później było już ponuro. Jeńcy
niemieccy, maruderzy uciekający lasami i polnymi drogami, byli wyłapywani
przez milicjantów i zabijani na miejscu. Długo prześladował mnie widok
trupów, dużych plam, nawet kałuży krwi na śniegu. Po kilku dniach
dawali się we znaki żołnierze – wyzwoliciele, słychać było o gwałtach na kobietach,
rabunkach w mieszkaniach. Rozbito bramę do miejscowej gorzelni. Żołnierze
i mieszkańcy zapijali się do nieprzytomności, widziałem ich
leżących pospołu na ziemi.”
Również relacje świadków z rejonów bliższych Prośnie, pokazują podobny obraz
pierwszych dni i tygodni po tzw. ,,wyzwoleniu”. Charakterystyczne, że
świadkowie ci, nawet 50-60 lat od
opisywanych wydarzeń, zastrzegali sobie anonimowość, gdyż
jak mówili ,,nie chcieli się
narażać”.
Można powiedzieć, że w styczniu 1945 r. również w Wielkopolsce
realizowały się słowa
wiersza powstałego w okresie Powstania
Warszawskiego, mówiące o
,,zastąpieniu czarnej śmierci przez czerwoną zarazę”.
Na podst. fragm. Wspomnień
Bogdana Bladowskiego
pt. ,,Hitler kaputt !” w „Kaliszanie w Warszawie”, 32/2002
P.S. ,,Jestem
byłym tuliszkowianinem, obecnie mieszkam w Kaliszu. O niemieckim żandarmie Hase
(Zając) trochę dowiedziałem się od moich śp. rodziców. Był to rolnik niemiecki
mieszkający przed wojną w Polsce koło Tuliszkowa we wsi Gadów. Po wkroczeniu
Niemców, został sołtysem a później funkcjonariuszem SS w Tuliszkowie. Brał
udział w łapankach na Żydów i ich egzekucjach w okolicznych lasach. Jego
żona do Polaków była dobra, ale on był już gburem. Przed wkroczeniem
Sowietów do Tuliszkowa, żonie w ostatniej chwili udało się wyjechać na zachód,
ale w tej pospiesznej ucieczce zawieruszyła im się 10 letnia córka, która
po wyzwoleniu błąkała się po Tuliszkowie i żebrała. Żona Hase osiadła w
Hamburgu i po roku pisała rozpaczliwe listy do znajomych tuliszkowian, żeby się
dowiedzieli co stało z jej mężem. Nie
otrzymywała odpowiedzi, bo bano sie pisać do niej. Nie wiedziała, że w Kaliszu
już w 1945r. został zabity, tak jak sugerował Bogdan Bladowski, że dostanie
czapę.” Daniel.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz