Garncarze Puszczy Pyzdrskiej – czyli ,, nie święci garnki lepią "
Na
obszarze dawnej Puszczy Pyzdrskiej, który w okresie zaborów stanowił
najbardziej na zachód Europy wysunięty obszar Cesarstwa Rosyjskiego (Królestwo
Kongresowe), rozwój gospodarczy przebiegał znacznie wolniej, niż w znajdujących
się po drugiej stronie Prosny obszarach zaboru pruskiego (Wielkie Księstwo
Poznańskie). Z tego też powodu, gdy na terenach
zaboru niemieckiego ręczna produkcja garncarska wypierana była przez
produkcję masową i warsztaty zamykano, to we wschodniej części Wielkopolski garncarstwo
przetrwało znacznie dłużej.
Ciekawostką
jest, że mimo upływu od tamtych czasów prawie 100 lat, dawne
różnice gospodarcze oraz
mentalne zachowały się.
Jeszcze niedawno ( a może i do
dziś ? ) przedstawiciele pleszewskiej
administracji, o terenach
przyłączonych do powiatu pleszewskiego ( obecne gminy: Gizałki i
Chocz) , a szczególnie o Białobłotach i
miejscowościach sąsiednich mówili: ,,tam,
gdzie diabeł mówi dobranoc”. Podziały społeczne
z czasów zaborów,
wyrażające się choćby w określeniach ,,hadziaj” ( Polak z
zaboru rosyjskiego) i ,,bażant”
( mieszkaniec zaboru niemieckiego) w
pewnym stopniu istnieją
do dziś. Różnice w strukturze gospodarczej są
nadal duże i
widoczne nawet dla przeciętnego obserwatora.
W połowie XIX w. w centralnej części
puszczy, w Białobłotach i
miejscowościach ościennych
osiedlili się garncarze z
rodziny Czajczyńskich i
Dzieciątkowskich. Przybyli tu z
niewielkiego miasteczka Chocza. Przez
następnych ponad 100 lat rejon ten stanowił swoistą enklawę produkcji garncarskiej w
Wielkopolsce. Jeszcze w II poł. XX w. garncarstwem trudnili się : w
Białobłotach -Stanisław i
Izydor Czajczyńscy , w Dziewiniu Dużym – Czesław Popławski i
Marian Stawowy, w Orlinie Dużej –
Mieczysław Czajczyński, w Czarnym
Brodzie – Jan Dzieciątkowski i Czesław
Dzieciątkowski, w Bystrzycy – Michał Czajczyński. Do dziś działalnością
garncarską zajmuje się Józef Dzieciątkowski
z Czarnego Brodu, któremu pomaga
syn Łukasz .
Warto
wspomnieć, że w malowniczej i
położonej pośród lasów miejscowości
Białobłoty, jedna z dzielnic ( przysiółek) nosi nazwę
Garncarski Kąt. Trudno jednak ustalić, czy nazwa pochodzi od mających
tam kiedyś warsztaty garncarzy z rodziny Czajczyńskich i Dzieciątkowskich, czy
może od garncarzy pochodzenia olęderskiego (niemieckiego), którzy wcześniej
mogli tam również pracować.
Praca garncarzy z okolic Białobłot .
Pozyskiwanie
gliny. Przez długi czas garncarze z Białobłot i sąsiadujących wsi: Czarnego
Brodu, Orliny Dużej, Dziewinia Dużego, Bystrzycy w glinę zaopatrywali się w
Królikowie. Wydobywali ją z koryta
przepływającej tam Czarnej Strugi, albo szukali jej na przyległych chłopskich
gruntach. Kopać musieli doły do 2m głębokie. Kiedy dobra, czyli bezmarglowa
glina się skończyła, wtedy zaczęli rozglądać
się za innymi pokładami. Od ok. 1930r. jeździli po glinę do Kwilenia pod
Choczem. Kopali ją z urwisk nad Prosną
lub z dołów tamtejszej cegielni. Do swych warsztatów transportowali wozami
konnymi 6-8 razy w ciągu roku, przewożąc
jej po pół tony. Od około 1965r. surowiec zaczęto przewozić ciągnikami lub samochodami ciężarowymi.
Urabianie
masy. Glina, aby mogła nadawać się do wyrabiania garnków, musiała być
odpowiednio przygotowana. Po złożeniu na podwórzu w specjalnym zagłębieniu,
zlewano ją wodą przez 2-3 dni. Następnie
„wykulywano pacyny” o wadze 20-30 kg i przenoszono do pracowni. Tam odbywała
się dalsza obróbka. Przez ok. pół godziny zbijano pacynę obuchem siekiery lub
drewnianym młotem z całej siły „tak, że pot z czoła garncarzowi ciekł”. Kładziono ją na drewnianym pniu i
przystępowano do przestrugania. Przy struganiu, czyli cięciu gliny na cienkie plastry usuwano różne cząstki
roślinne i kamienne. Dalsza faza urabiania
gliny polegała na jej udeptywaniu bosymi nogami. Dosypywano wtedy nieco
piasku, ale tyle tylko, żeby się nie przylepiała do nogi. Po udeptywaniu
garncarz przystępował do ,,klusowania” gliny, czyli ręcznego przecierania przypominającego
urabianie ciasta. Duże klusy dzielono później na małe, zawierające tyle gliny,
ile potrzeba do wyrobienia jednego naczynia. Od ok. 1970r., gdy do Białobłot i
okolicznych miejscowości dotarła elektryczność, garncarze zaczęli stosować
mechaniczne walce gniotące glinę, co bardzo ułatwiło im prace.
Toczenie
wyrobów. Naczynia wyrabiano na kole
garncarskim, które składało się z kręgu dolnego, czyli zapędowego o średnicy
około 70 cm, zwanego kołem dużym i z krążka górnego o średnicy około 30
cm, na którym toczono naczynia. Oba koła
połączone były ze sobą stalową osią osadzoną w łożyskach i przymocowane do ławy
służącej garncarzowi do siedzenia. Garncarz siedział przy kole „w okraczkę”,
następnie wprawiał w ruch dolne koło płynnie uderzając w nie bosymi nogami.
Brał w rękę „pacynkę” gliny, którą „przybijał” do górnego kółka, a następnie
zwilżając ją co pewien czas, rękami nadawał jej pożądany kształt np. donicy,
wazonu, skarbonki. Ukształtowanie jednego naczynia trwało kilka minut. Później
wyrób odcinany był od kółka „drutem” i przestawiany do uschnięcia. Od ok.
1970r. garncarze zaczęli wprowadzać do napędu kół garncarskich silniki
elektryczne, co znacznie usprawniło ich pracę.
Suszenie. Odbywało się
to bardzo ostrożnie i powoli, tak żeby wyroby nie popękały. Surowe naczynia
ustawiano na deskach, wynoszono na podwórze i co pewien czas obracano, po to by
schły równomiernie. Po ,,stwargnięciu” garnki wnoszono do szopy, gdzie dosychały.
Cały proces suszenia trwał 3 – 4 tygodnie .
Zdobienie
naczyń. Stosowano różne sposoby zdobienia naczyń. Na doniczkach i misach tzw.
pobiałką malowano paski lub zygzaki oraz wykonywano karbowanie brzegów. Przy
wazonach, dwojaczkach, skarbonkach doklejano uszka albo rylcem, „rzeźbiono”
różne motywy np. kwiatki. Niektóre wyroby przed wypalaniem polewano glejtą, po
to by uzyskać efekt pokrycia szkliwem. Poprzez specjalny sposób wypalania
uzyskiwano naczynia o charakterystycznym siwym kolorze tzw. siwaki.
Wypalanie. Wyroby
wypalano w piecach „polowych” składających się z komory ogniowej i dwóch
palenisk. Dym z pieca uchodził przez okrągły otwór w środku sklepienia, zwany
„cybuchem”. Do komory można było wejść przez otwór boczny zwany „szybą”.
Długość pieca wynosiła około 4m, szerokość i wysokość około 2m. Garncarz po
załadowaniu pieca 700-900 naczyniami i zamurowywaniu wejścia do komory
ogniowej, zaczynał wypalanie. Używał do tego dobrze wysuszonych „szczapów” z drzewa sosnowego. Wypalanie trwało 8-9
godzin, a temperatura w piecu osiągała
ponad 900 oC. Po ostygnięciu pieca, które trwało nawet całą
dobę, wyroby wyjmowano .
Sprzedaż. Garncarze we
własnym zakresie musieli znaleźć nabywców na swój towar. Jeżdżono więc z
towarem do pobliskich ośrodków targowych: Pyzdr, Zagórowa, Jarocina, Konina,
Pleszewa czy Kalisza. Przez wiele lat środkiem transportu był zaprzęg konny.
Żeby do miasta na jarmark przybyć wcześnie rano, musiano niekiedy wyjechać o
2-3 godzinie w nocy. Wędrowano po grząskich i na przemian piaszczystych
traktach lub jak określił poznański etnograf Stanisław Błaszczyk : „ po puszczańskich wertepach owej
zapomnianej garncarskiej krainy między Choczem, Pyzdrami i Koninem”. Zanim
garncarze zajechali na jarmark, nierzadko rozprzedali znaczną część garnków w
handlu wymiennym. Za garnek brali tyle zboża, ile do niego można było nasypać.
Zyski jakie osiągali garncarze ze sprzedaży swych wyrobów nie były wielkie, ale
wystarczały na utrzymanie rodziny. Od lat 70-tych XX wieku, w związku z
wykorzystaniem samochodów do transportu, rynek zbytu wyrobów garncarskich
znacznie się rozszerzył.
Współcześnie, proces wyrobu produktów w
ostatniej w Wielkopolsce tradycyjnej pracowni garncarskiej Józefa Dzieciątkowskiego
z Czarnego Brodu niewiele różni się od
wyżej opisanego. Wzbogacany jest natomiast asortyment wyrobów, tak by zadowolić potrzeby konsumentów.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz