10.05.2026

Garncarze Puszczy Pyzdrskiej – czyli ,, nie święci garnki lepią "

 

Garncarze  Puszczy  Pyzdrskiej – czyli  ,, nie święci  garnki  lepią "

 

     Na obszarze  dawnej Puszczy  Pyzdrskiej, który w okresie zaborów stanowił najbardziej na zachód Europy wysunięty obszar Cesarstwa Rosyjskiego (Królestwo Kongresowe), rozwój gospodarczy przebiegał znacznie wolniej, niż w znajdujących się po drugiej stronie Prosny obszarach zaboru pruskiego (Wielkie Księstwo Poznańskie). Z tego też powodu, gdy na terenach  zaboru niemieckiego ręczna produkcja garncarska wypierana była przez produkcję masową i warsztaty zamykano, to we wschodniej części Wielkopolski garncarstwo przetrwało znacznie dłużej.

    Ciekawostką  jest, że mimo upływu od tamtych czasów prawie 100 lat, dawne różnice  gospodarcze  oraz  mentalne  zachowały  się.  Jeszcze niedawno ( a  może i  do  dziś ? ) przedstawiciele pleszewskiej  administracji, o terenach  przyłączonych do  powiatu  pleszewskiego ( obecne gminy: Gizałki i Chocz) , a  szczególnie o Białobłotach i miejscowościach sąsiednich mówili: ,,tam, gdzie  diabeł mówi  dobranoc”. Podziały  społeczne  z  czasów  zaborów,  wyrażające  się  choćby w określeniach ,,hadziaj” ( Polak  z  zaboru rosyjskiego)  i  ,,bażant”  ( mieszkaniec zaboru niemieckiego) w  pewnym  stopniu  istnieją  do  dziś.  Różnice w strukturze gospodarczej    nadal  duże  i  widoczne nawet dla przeciętnego obserwatora.

    W połowie XIX w. w centralnej części puszczy, w Białobłotach i  miejscowościach  ościennych osiedlili się  garncarze  z  rodziny  Czajczyńskich  i  Dzieciątkowskich.  Przybyli tu z niewielkiego miasteczka Chocza.  Przez następnych ponad 100 lat rejon ten stanowił swoistą  enklawę produkcji garncarskiej w Wielkopolsce. Jeszcze w II poł. XX w. garncarstwem trudnili się : w Białobłotach  -Stanisław  i  Izydor Czajczyńscy , w Dziewiniu Dużym – Czesław Popławski  i  Marian Stawowy, w Orlinie  Dużej – Mieczysław Czajczyński,  w Czarnym Brodzie – Jan Dzieciątkowski  i Czesław Dzieciątkowski, w Bystrzycy – Michał Czajczyński. Do dziś działalnością garncarską zajmuje się Józef Dzieciątkowski  z Czarnego Brodu, któremu  pomaga syn Łukasz .

    Warto  wspomnieć, że w  malowniczej  i  położonej pośród lasów miejscowości  Białobłoty, jedna z dzielnic ( przysiółek) nosi  nazwę  Garncarski Kąt. Trudno jednak ustalić, czy nazwa pochodzi od mających tam kiedyś warsztaty garncarzy z rodziny Czajczyńskich i Dzieciątkowskich, czy może od garncarzy pochodzenia olęderskiego (niemieckiego), którzy wcześniej mogli tam również pracować.

    Praca garncarzy z okolic Białobłot .

    Pozyskiwanie gliny. Przez długi czas garncarze z Białobłot i sąsiadujących wsi: Czarnego Brodu, Orliny Dużej, Dziewinia Dużego, Bystrzycy w glinę zaopatrywali się w Królikowie. Wydobywali ją  z koryta przepływającej tam Czarnej Strugi, albo szukali jej na przyległych chłopskich gruntach. Kopać  musieli doły do 2m  głębokie. Kiedy dobra, czyli bezmarglowa glina się  skończyła, wtedy zaczęli rozglądać się za innymi pokładami. Od ok. 1930r. jeździli po glinę do Kwilenia pod Choczem. Kopali ją  z urwisk nad Prosną lub z dołów tamtejszej cegielni. Do swych warsztatów transportowali wozami konnymi  6-8 razy w ciągu roku, przewożąc jej po pół tony. Od około 1965r. surowiec zaczęto przewozić  ciągnikami lub samochodami ciężarowymi.

    Urabianie masy. Glina, aby mogła nadawać się do wyrabiania garnków, musiała być odpowiednio przygotowana. Po złożeniu na podwórzu w specjalnym zagłębieniu, zlewano ją wodą przez 2-3 dni.  Następnie „wykulywano pacyny” o wadze 20-30 kg i przenoszono do pracowni. Tam odbywała się dalsza obróbka. Przez ok. pół godziny zbijano pacynę obuchem siekiery lub drewnianym młotem z całej siły „tak, że pot z czoła garncarzowi ciekł”.  Kładziono ją na drewnianym pniu i przystępowano do przestrugania. Przy struganiu, czyli cięciu gliny  na cienkie plastry usuwano różne cząstki roślinne i kamienne. Dalsza faza urabiania  gliny polegała na jej udeptywaniu bosymi nogami. Dosypywano wtedy nieco piasku, ale tyle tylko, żeby się nie przylepiała do nogi. Po udeptywaniu garncarz przystępował do ,,klusowania” gliny, czyli  ręcznego przecierania przypominającego urabianie ciasta. Duże klusy dzielono później na małe, zawierające tyle gliny, ile potrzeba do wyrobienia jednego naczynia. Od ok. 1970r., gdy do Białobłot i okolicznych miejscowości dotarła elektryczność, garncarze zaczęli stosować mechaniczne walce gniotące glinę, co bardzo ułatwiło im prace.

    Toczenie wyrobów. Naczynia  wyrabiano na kole garncarskim, które składało się z kręgu dolnego, czyli zapędowego o średnicy około 70 cm, zwanego kołem dużym i z krążka górnego o średnicy około 30 cm,  na którym toczono naczynia. Oba koła połączone były ze sobą stalową osią osadzoną w łożyskach i przymocowane do ławy służącej garncarzowi do siedzenia. Garncarz siedział przy kole „w okraczkę”, następnie wprawiał w ruch dolne koło płynnie uderzając w nie bosymi nogami. Brał w rękę „pacynkę” gliny, którą „przybijał” do górnego kółka, a następnie zwilżając ją co pewien czas, rękami nadawał jej pożądany kształt np. donicy, wazonu, skarbonki. Ukształtowanie jednego naczynia trwało kilka minut. Później wyrób odcinany był od kółka „drutem” i przestawiany do uschnięcia. Od ok. 1970r. garncarze zaczęli wprowadzać do napędu kół garncarskich silniki elektryczne, co znacznie usprawniło ich pracę.

    Suszenie. Odbywało się to bardzo ostrożnie i powoli, tak żeby wyroby nie popękały. Surowe naczynia ustawiano na deskach, wynoszono na podwórze i co pewien czas obracano, po to by schły równomiernie. Po ,,stwargnięciu”   garnki wnoszono do szopy, gdzie dosychały. Cały proces suszenia trwał 3 – 4 tygodnie .

    Zdobienie naczyń. Stosowano różne sposoby zdobienia naczyń. Na doniczkach i misach tzw. pobiałką malowano paski lub zygzaki oraz wykonywano karbowanie brzegów. Przy wazonach, dwojaczkach, skarbonkach doklejano uszka albo rylcem, „rzeźbiono” różne motywy np. kwiatki. Niektóre wyroby przed wypalaniem polewano glejtą, po to by uzyskać efekt pokrycia szkliwem. Poprzez specjalny sposób wypalania uzyskiwano naczynia o charakterystycznym siwym kolorze tzw. siwaki.

    Wypalanie. Wyroby wypalano w piecach „polowych” składających się z komory ogniowej i dwóch palenisk. Dym z pieca uchodził przez okrągły otwór w środku sklepienia, zwany „cybuchem”. Do komory można było wejść przez otwór boczny zwany „szybą”. Długość pieca wynosiła około 4m, szerokość i wysokość około 2m. Garncarz po załadowaniu pieca 700-900 naczyniami i zamurowywaniu wejścia do komory ogniowej, zaczynał wypalanie. Używał do tego dobrze wysuszonych „szczapów”  z drzewa sosnowego. Wypalanie trwało 8-9 godzin, a temperatura w piecu osiągała  ponad 900 oC. Po ostygnięciu pieca, które trwało nawet całą dobę, wyroby wyjmowano .

    Sprzedaż. Garncarze we własnym zakresie musieli znaleźć nabywców na swój towar. Jeżdżono więc z towarem do pobliskich ośrodków targowych: Pyzdr, Zagórowa, Jarocina, Konina, Pleszewa czy Kalisza. Przez wiele lat środkiem transportu był zaprzęg konny. Żeby do miasta na jarmark przybyć wcześnie rano, musiano niekiedy wyjechać o 2-3 godzinie w nocy. Wędrowano po grząskich i na przemian piaszczystych traktach lub jak określił poznański etnograf Stanisław Błaszczyk : „ po puszczańskich wertepach owej zapomnianej garncarskiej krainy między Choczem, Pyzdrami i Koninem”. Zanim garncarze zajechali na jarmark, nierzadko rozprzedali znaczną część garnków w handlu wymiennym. Za garnek brali tyle zboża, ile do niego można było nasypać. Zyski jakie osiągali garncarze ze sprzedaży swych wyrobów nie były wielkie, ale wystarczały na utrzymanie rodziny. Od lat 70-tych XX wieku, w związku z wykorzystaniem samochodów do transportu, rynek zbytu wyrobów garncarskich znacznie się rozszerzył.

    Współcześnie, proces wyrobu produktów w ostatniej w Wielkopolsce tradycyjnej  pracowni garncarskiej Józefa Dzieciątkowskiego z Czarnego Brodu  niewiele różni się od wyżej opisanego. Wzbogacany jest natomiast asortyment wyrobów, tak  by zadowolić potrzeby  konsumentów.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz